Burzliwe czasy reformacji

Początek XVI wieku przyniósł w Kościele Zachodnim wielki spór zakończony rozłamem. Reformacja w wydaniu luterańskim dość szybko zaczęła się rozprzestrzeniać na Śląsku, głównie wśród niemieckiego mieszczaństwa. Jej powodzenie było efektem kryzysu ówczesnego Kościoła, spontaniczną reakcją na jego upadek. 

Nowe prądy natrafiły na Śląsku na podatny grunt, który przygotował ruch husycki. Zmianom sprzyjały utyskiwania na stale rozwijający się kościelny fiskalizm oraz gorszący tryb życia części niewykształconego górnośląskiego kleru. Duże znaczenie miała postawa władz świeckich, zwłaszcza Jerzego Hohenzollerna (władcy księstw opolskiego, raciborskiego i bytomskiego), który pozwalał na szerzenie nauki Lutra w dekanacie bytomskim przez duchownych wypędzonych z Polski wskutek edyktów Zygmunta Starego. Tym niemniej reformacja wkroczyła na dobre na teren ziemi bytomskiej dopiero w II połowie XVI wieku – głównie na skutek poparcia miejscowej szlachty.       W 1566 roku przekazano w ręce protestantów kościół parafialny w Bytomiu.

128756_imagno
Marcin Luter.

Religijny zamęt nie ominął również Bielszowic. Pod koniec XVI wieku na zmianę wyznania zdecydowali się ówcześni dziedzice wsi,  w rezultacie czego tutejszy kościół na kilkadziesiąt lat znalazł się pod zarządem duchownych luterańskich. Historycy nie są zgodni co do daty tego zdarzenia. W roku 1598 kościół bielszowicki był już od jakiegoś czasu w rękach protestantów. Zaświadcza o tym protokół wizytacji bielszowickiej parafii (inspekcję parafii dekanatu bytomskiego przeprowadzono w 1598 roku z polecenia ówczesnego biskupa krakowskiego, kardynała Jerzego Radziwiłła). W dokumencie czytamy: Kościół parafialny drewniany, pod patronatem dziedziców wsi Bielczowskiego i Rajskiego, wpół sprofanowany. Administrowany niezgodnie z liturgią katolicką przez byłego cystersa z klasztoru w Jędrzejowie, Jana. Na podstawie cytowanego tekstu można wysnuć przypuszczenie, iż zmiana obrządku nastąpiła krótko przed dokonaną inspekcją, najpewniej około roku 1590 (jej współinicjator, Jerzy Rajski, został dziedzicem majątku bielszowickiego w 1584 roku), nie zaś, jak to sugeruje część badaczy, już pod koniec trzeciej dekady XVI wieku.  Również zdaniem historyków niemieckich początek reformacji w Bielszowicach miał miejsce dopiero pod koniec XVI stulecia.

Calow_Abraham
Pastor luterański.

         Osobami odpowiedzialnymi za zmianę wyznania byli ówcześni włodarze osady – wspomniany Jerzy Rajski  oraz Jerzy Bielczowski. Kierowały nimi zapewne względy materialne. Po przywłaszczeniu majątku kościelnego, szlachcice sprowadzili do Bielszowic dawnego cystersa, Jana (w omawianym protokole wizytacyjnym duchowny określany jest jako Iohann apostata ab ordine Cistersiensi). Skorzystali z przysługującego im prawa patronatu (którego, jako innowiercy, powinni być pozbawieni; ta reguła nie zawsze była jednak przestrzegana).  Proces przejmowania kościołów przez protestantów przebiegał według określonego schematu. W miastach, jeśli dany proboszcz nie chciał przejść na luteranizm, na jego miejsce ustanawiano pastora, który obejmował duszpasterstwo przy danej świątyni. W parafiach wiejskich decydującą rolę odgrywali kolatorzy (patroni kościoła), którzy korzystając ze swych uprawnień  wprowadzali pastorów na urząd proboszczowski. Tak też było w Bielszowicach.

zbór
Zbór luterański w Sarnowie.

Zręcznym feudałom udało się więc wykorzystać panujący wówczas zamęt, zyskując całkowitą kontrolę nad rozległym beneficjum. Ponownie oddajmy głos autorowi cytowanego już protokołu: [Pastor Jan] udziela sakramentów w obrządku niekatolickim. Otrzymuje on stałe uposażenie od właścicieli wsi.  Należy przypuszczać, że duchowny pełnił w Bielszowicach funkcję usuwalnego administratora (amovibilem administratorem). W innym źródle, powstałym w trakcie omawianej wizytacji, opatrzonym tytułem Visitatio interna T. XVI, na karcie 192 czytamy: Wieś Bielczowice. Rektorem jest heretyk Jan, były cysters z opactwa w Mogile. Udziela sakramentów, lecz nie w obrządku katolickim, słucha spowiedzi powszechnej, przyjmuje penitentów do spowiedzi generalnej, komunii świętej udziela pod dwiema postaciami. Ma żonę i troje dzieci – dwoje chłopców i dziewczynkę.

drewniany kościół
Dawny bielszowicki kościół pw. Wszystkich Świętych powstał w 1613 r. i pełnił początkowo funkcję luterańskiego zboru. Przejęty przez katolików jeszcze w XVII wieku, wielokrotnie przebudowywany (m. in. w latach 1756, 1796-97 i ok. 1850), został rozebrany latem 1883 r.

Wiele wskazuje na to, że w początkowym okresie reformacji obrządki były jeszcze dalekie od reguł protestanckich. Byłego cystersa bardziej od obowiązków duszpasterskich zajmowały żona i dzieci; pod rokiem 1601 zanotowano np., że pastor wagaruje i kościół pozostaje nieobsadzony. Stwierdzono tak na zjeździe proboszczów i patronów parafii, zwołanym do Oświęcimia i Olkusza przez  biskupa krakowskiego Bernarda Maciejowskiego celem dokonania oceny stopnia realizacji zaleceń wizytacyjnych z 1598 roku (na spotkaniu zabrakło przedstawiciela Bielszowic). Wydany wówczas Dekret egzekucyjny do protokołu wizytacji biskupiej z 1598 roku (Decreta executiva visitationis) w odniesieniu do parafii bielszowickiej zawierał krótką notatkę następującej treści: Bielczowice. W tej wiosce kościół jest nieobsadzony, administrowany przez wędrownego kaznodzieję, którego nigdzie nie można znaleźć.

Kolejna wizytacja dekanatu bytomskiego, przeprowadzona w  1611 roku, prawdopodobnie nie objęła parafii bielszowickiej, gdyż nie wspomina się o niej w zachowanych protokołach. Stało się tak jednak nie z winy dziedziców wsi, ale na skutek opieszałości przeprowadzającego inspekcję ks. Piotra Skrodzińskiego, który, jak podaje ks. F. Maroń,  wizytował niedbale i omijał parafie opanowane przez innowierców. Być może jednak wizytatorzy nie dotarli do Bielszowic z innego powodu – w wiosce nie było bowiem wówczas czynnego kościoła (źródła podają, że pierwotna świątynia spłonęła w 1600 roku i  została odbudowana dopiero w roku 1613; do tego tematu powrócimy jeszcze w innym miejscu).

Władze duchowne, zaniepokojone panującym w parafii zamętem, zaczęły się starać o zmianę duszpasterza. Niebawem pieczę duchową nad Bielszowicami przejęli pastorzy z sąsiednich Kochłowic.  Wywodzący się kościoła Bożego Ciała na Kazimierzu, pastor Sebastian urzędując w Kochłowicach często dawał wyraz swej niechęci wobec katolicyzmu. Zniszczył między innymi tamtejsze chorągwie, obrazy oraz cyborium. Niewykluczone, że wpływ na to miał fakt, iż duchowny znajdował się na utrzymywaniu Jana Jerzego Hohenzollerna – pana na Świerklańcu, który w 1611 roku zmienił wyznanie z luterańskiego na – bardziej rygorystyczne i purytańskie –  kalwińskie. Z podobnym zaangażowaniem pastor działał w Bielszowicach. Wizytatorzy odnotowali w 1619 roku, że bielszowicka świątynia   marnie wygląda,  co mogło jednak mieć związek z jej skromnym wystrojem (jak wiadomo protestanckie zbory są budowlami pozbawionymi zbytku), nie zaś niedbałością duszpasterza. Ponadto kościółek dopiero co został odbudowany po pożarze; niewykluczone, że nadal trwały prace wykończeniowe.

Z wydarzeniami wojny trzydziestoletniej należy wiązać powstanie kapliczki (tzw. szwedzkiej), będącej obecnie najstarszym zabytkiem sakralnym miejscowości, a być może nawet najstarszym zachowanym obiektem historii materialnej Rudy Śląskiej (piszemy o niej szerzej w innym artykule). Badacze dziejów Bielszowic wysunęli kilka interesujących hipotez odnośnie przyczyn wzniesienia zabytku. J. Górecki uważa, że stanęła ona na miejscu pochówku żołnierzy szwedzkich. Interpretacja ta, choć musi budzić pewne zastrzeżenia, posiada wsparcie w języku potocznym mieszkańców Bielszowic, którzy zabytek określają właśnie mianem „kapliczki szwedzkiej”.  J.S. Dworak przypuszcza natomiast, że wznosząc budowlę, mieszkańcy Bielszowic zamanifestowali przywiązanie do wiary ojców. Interesujące i zarazem prawdopodobne rozwiązanie proponuje J. Knosała; jego zdaniem kapliczka powstała z konieczności. Ufundowali ją wyrugowani z kościoła i parafialnego cmentarza katolicy, którzy właśnie tam odprawiali nabożeństwa i grzebali zmarłych. Choć ten sam autor wspomina o przyjęciu luteranizmu przez prawie wszystkich mieszkańców Bielszowic, nie można wykluczyć, iż grupa wiernych wyszła z inicjatywą stworzenia nowego miejsca kultu, będącego dla nich namiastką świątyni. Obiekt cieszył się popularnością także po okresie reformacji – z zachowanych przekazów wynika, że mieszkańcy parafii do połowy XX wieku odmawiali przy kapliczce modlitwy za dusze  zmarłych. Warto w tym miejscu nadmienić, iż od lat niszczejący obiekt został ostatnio gruntownie odrestaurowany.

         Kapliczka szwedzka była w tym czasie jednym z kilku tego rodzaju miejsc kultu bielszowiczan. W Kronice Parafialnej znajduje streszczenie  protokołu wizytacyjnego parafii kochłowickiej z 1619 roku, w którym mowa jest o kaplicy pod wezwaniem Trójcy Świętej znajdującej się wprawdzie na terenie Kochłowic, ale przynależnej parafii bielszowickiej. Budowla powstała zapewne w latach 1589 –  1590, bowiem autorzy cytowanego sprawozdania stwierdzają, że liczy około 30 lat (Capella ibi est tituli sanctissimae Trinitatis infra Parochiam Bielczowice abannis circiter triginta, non consecreta, czyli: Tamtejsza kaplica znajduje się pod wezwaniem Trójcy Świętej, należy do parafii bielszowickiej, ma około  trzydzieści lat, nie była konsekrowana). Także ks. Knosała określa kapliczkę mianem filii bielszowickiej parafii, datując jej powstanie „na krótko przed 1595 rokiem”.   W innym miejscu Kronika wzmiankuje, że w 1600 roku bielszowicką świątynię strawił pożar wywołany uderzeniem pioruna, a nowa świątynia powstała dopiero w 1613 roku. Istnienie wspomnianej kapliczki było więc uzasadnione, a służyła ona wiernym z Bielszowic  jeszcze po zakończeniu reformacji (po usunięciu protestantów z Kochłowic kaplica była czasowo zamknięta; dopiero około roku 1648 biskup krakowski zezwolił na przekształcenie obiektu w kościół parafialny).

  Omawiana wizytacja z 1619 roku objęła także Bielszowice. Odbyła się w czasie, gdy tutejszy kościół wciąż znajdował się w ręku protestantów, a pieczę duchową nad bielszowiczanami sprawował wspomniany już pastor Sebastian. W protokole wizytacyjnym stwierdzono:    Bielszowice. Kościół parafialny drewniany, prawem spoza Królestwa [Polski] na Śląsku przyjętym zarządzany, gdzie szlachta zyskała prawo zmiany duchownych podług własnych upodobań. Szlachcice nie pozwolili wizytatorowi odwiedzić kościoła. Duchownym jest tam apostata Sebastian, były zakonnik z klasztoru Bożego Ciała na Kazimierzu.

Postępy kontrreformacji powstrzymała na pewien czas wojna trzydziestoletnia (1618 – 1648). W rezultacie powrót katolicyzmu do Bielszowic nastąpił z opóźnieniem. Pod koniec lat 20. XVII w. sytuację skomplikowała obecność w Kochłowicach wojsk protestanckich pod wodzą Ernesta Mansfelda.  Luteranizm uzyskał w ten sposób, na krótko, wsparcie militarne (należy wspomnieć, że w lutym 1627 roku władze Bytomia wydały miasto w ręce zdemoralizowanych oddziałów nieżyjącego już wówczas kondotiera w służbie króla Danii Chrystiana IV).

Ostatnim duchownym luterańskim opiekującym się parafią bielszowicką z Kochłowic był predykant (czyli protestancki kaznodzieja) Adam Maternius. Autor Kroniki Miasta Bytomia, Franz Gramer podaje, że duchowny został osadzony na stanowisku przez Szwedów z armii Mansfelda. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie to nastąpiło (w grę wchodzą lata 1626 – 27, kiedy to oddziały kondotiera najechały i spustoszyły ziemię pszczyńską i bytomską). Wydaje się też mało prawdopodobne, aby Maternius przebywał w Kochłowicach długo, bowiem 13 września 1628 roku wydano edykt nakazujący predykantom opuszczenie ziemi bytomskiej.

Przełomowy okazał się rok 1629, kiedy to wojska protestanckie podpisały w Lubece pokój z cesarzem. W tym samym jeszcze roku cesarz Ferdynand II wydał rozkaz zamknięcia wszystkich świątyń protestanckich na Górnym Śląsku.  Już dwa lata wcześniej, w czerwcu 1627 roku,  imperator polecił prezydentowi komory śląskiej burgrabiemu Karlowi Hannibalowi von Dohnie podjęcie działań celem odzyskania zagrabianych przez protestantów dóbr kościelnych.   8 sierpnia 1627 roku Dohna wydał we Wrocławiu nakaz objęcia przez duchownych katolickich zarządu nad kilkunastoma parafiami dekanatów bytomskiego i pszczyńskiego, w tym – parafii bielszowickiej. Podobnej treści rozporządzenie wystosował też biskup krakowski Marcin Szyszkowski.

Dopiero jednak w 1648 roku do Kochłowic przybył pierwszy poreformacyjny proboszcz (reaktywowana parafia zachowała dawne wezwanie Świętej Trójcy i objęła poza Kochłowicami Radoszowy, Bykowinę, Kłodnicę, Halembę, Wirek, Nową Wieś oraz obszary dworskie Halembę i Niedźwiedziniec). Wiemy, że w kolejnych latach w kochłowickich metrykach odnotowano także przypadki chrztów dzieci z Bielszowic. Wspomniane księgi założono w roku 1661, a w rejestrze z lat 1663 – 1673 znajduje się aż 19 takich przypadków (w późniejszych latach proces ten ustaje). Potwierdza to, że w Bielszowicach nie było jeszcze wówczas proboszcza, a opiekę duszpasterską nad parafią przerzucono na duchownych  z ościennych parafii.

mansfeld
Ernst von Mansfeld (ok. 1580-1626). Dowodzone przez niego wojska w latach 20. XVII w. plądrowały ziemię bytomską. Wiele wskazuje na to, że przebywały też w Bielszowicach.

Po opuszczeniu okolic Bielszowic przez wojska Mansfelda, a następnie Szwedów, luteranizm utracił wpływy. Koniec wojny trzydziestoletniej stworzył więc katolicyzmowi okazję do odzyskania utraconych pozycji. Jest to proces całkowicie zrozumiały, gdyż luteranizm bywał w tym czasie postrzegany jako religia niemiecka, a Bielszowice zamieszkiwała w większości ludność polska. Należy też pamiętać, że chłopstwo uważało protestantyzm za mało atrakcyjny, gdyż w jego obrzędowości „aspekt wizualny” znajdował się niejako na drugim planie. Na tym polu katolicyzm wyraźnie zyskiwał, bowiem silniej wpływał na wyobraźnię, oferując wiele „niecodzienności”, takich jak „tajemniczość” liturgii czy bogaty wystrój świątyni. Ułatwiał przy tym utrzymanie dyscypliny wśród wiernych i jedności parafii poprzez organizowane (w Bielszowicach od końca XVII wieku) pielgrzymki i procesje.

297219_lnego_Sw._Trojcy_w_Warszawie_83
Luteranie podczas modlitwy.

         Powrót na łono Kościoła rzymskokatolickiego nie odbył się więc w Bielszowicach bez przeszkód. Tutejszy kościół znajdował się w nieładzie, przy protestantyzmie trwał ciągle dwór. Kolejna w przeciągu kilkudziesięciu lat zmiana napotkać musiała na opór wśród chłopów.          Jak już wspomniano, dopiero kochłowickie metryki chrztów za lata 1663 – 1673 wymieniają nazwiska ochrzczonych z Bielszowic, w częstotliwości 1 – 6 osób rocznie. Pewnym jest, że zanim w II połowie XVII wieku parafia uzyskała własnego proboszcza, władze duchowne kierowały do Bielszowic okolicznych duszpasterzy w funkcji tzw. komendariuszy. Pierwszym znanym duchownym pełniącym ten urząd był miechowicki proboszcz ks. Paweł Królik, wzmiankowany w 1665 roku. Wspomniani zastępcy zjawiali się jednak w Bielszowicach sporadycznie, co dodatkowo pogarszało sytuację i tak już bardzo zaniedbanej parafii.

         Wreszcie w roku 1675 funkcję bielszowickiego proboszcza objął ks. Błażej Jaguszowski – i ta właśnie data winna uchodzić za definitywny kres pełnego zamętu okresu reformacji w Bielszowicach.

 

 

Wilczkowie – pierwsi bielszowiccy kapitaliści

Niewielu dziedziców bielszowickich dóbr zrobiło równie imponującą karierę w tak krótkim czasie, co Maciej Wilczek – włodarz wsi w latach 1772-1778.  Ta barwna i nieszablonowa postać jest już nieco zapomniana. Niesłusznie, bowiem przykład Wilczka (a także jego syna, Pawła) okazuje się pouczający – zwłaszcza w epoce powszechnego utyskiwania na bierność młodego pokolenia.

Maciej Wilczek pojawił się na dziejowej arenie właściwie znikąd, i,  jak na parweniusza przystało, bez zbędnej kalkulacji, niczym przysłowiowy taran konsekwentnie parł do przodu, osiągając status jednej w najbardziej wpływowych postaci Górnego Śląska przełomu XVIII i XIX wieku.  Jego casus dowodzi, że pracowitość, połączona z odrobiną tupetu i nieodzowną w takich przypadkach dawką szczęścia, może czynić cuda. Można powiedzieć, że zjawił się w Bielszowicach w odpowiednim momencie. Ich poprzedni właściciel, hrabia Reder, nie miał bowiem pomysłu na rozwój osady. W połowie XVIII wieku do Bielszowic ciągle jeszcze nie zawitało górnictwo; wśród 226 mieszkańców (dane z roku 1783) większość utrzymywała się z pracy na roli, było dosłownie kilku młynarzy, arendarzy, kamieniarzy i hutników. Ale nowa epoka – czasy „pary i kłębów dymu”, zbliżała się milowymi krokami. Nie rozumiał tego Reder (bo nie był, w przeciwieństwie do Wilczka czy Karola Goduli, wizjonerem), dlatego w 1772 roku odsprzedał Bielszowice za śmiesznie niską sumę 4 tysięcy talarów baronowi Maciejowi Wilczkowi (w dokumentach spotykamy często pisownię: Mathias Wiltzek). Jeśli którakolwiek z dat związanych z dziejami Bielszowic zasługuje na miano momentu zwrotnego, jest nią właśnie rok 1772.

AK-Hindenburg-Waldbad-Mathesdorf-Maciejow-a
Zabrze-Maciejów, kąpielisko. Nazwa miejscowości upamiętnia jej założyciela, Macieja Wilczka.

Co wiemy o Wilczku? Nowy dziedzic Bielszowic urodził się w roku 1718 lub 1720 w Koźlu jako syn tamtejszego burmistrza Andrzeja Jakuba Wilczka. Spośród wszystkich właścicieli bielszowickich dóbr, jako jedyny przeszedł drogę „od zera do milionera” w iście „godulowym” stylu – jego ojciec nie posiadał bowiem nic oprócz kiepsko płatnej pracy i niepotwierdzonego tytułu szlacheckiego.  Jeszcze przed wojnami śląskimi, tj. przed rokiem 1740, Maciej pracował w Pyskowicach jako poborca podatkowy; w tym też czasie poślubił Dorotę von Kuffka z Opola, dzięki czemu wszedł w posiadanie Wieszowej. W 1764 roku Wilczek przeniósł swą siedzibę do Zabrza. Z czasem został właścicielem rozległego obszaru – oprócz Bielszowic dysponował Chudowem, Zabrzem, Stolarzowicami oraz zamkiem w Raciborzu, gdzie krótko też mieściła się jego siedziba. Wraz ze wzrostem majętności Macieja rosło znaczenie rodu, czego ukoronowaniem było odnowienie tytułu szlacheckiego (1769) i wyniesienie Wilczka do rangi barona (29.03.1787). Wprawdzie Maciej nie cieszył się tytułem długo, zmarł bowiem na przepuklinę 12 września 1790 roku na zamku w Zabrzu, jednak umierał spełniony jako jeden z głównych kreatorów tutejszego przemysłu górniczego, milioner oraz… ojciec 26 dzieci. Oddajmy głos ks. Knosale: Maciej baron Wilczek na podstawie swoich dokonań uchodził za najbardziej znamienitego i wielkiego człowieka w okolicy Zabrza. Z biednego syna podrzędnego burmistrza, stał się właścicielem milionowej fortuny. Lecz nie tylko w tym leżą jego największe zasługi. Nieprzemijające jego dzieło powstało za panowania Fryderyka Wielkiego […] Samo Zabrze było ośrodkiem rozkwitu i zmian administracyjnych. Zamek zabrzański został odnowiony i przyozdobiony freskami przez artystę malarza Zippera. Za zamku zbiegały się nici wszystkich poczynań gospodarczych, przemysłowych i kolonizacyjnych Wilczka. Dodajmy, że Maciej potrafił umiejętnie dbać o swój wizerunek. Otaczał opieką ubogich,  dlatego cieszył się wśród gminu opinią dobrego, sprawiedliwego pana. Baron zwykł na przykład powierzać funkcje chrzestnych swych dzieci (tylko kilkoro z nich ochrzcił w Zabrzu) miejscowym biedakom. Chrzestnymi Doroty Agaty Tekli oraz Józefy Marianny Teresy zostali więc miejscowi żebracy.

kam
Mapa z początku XIX wieku przedstawiająca Bielszowice oraz Kolonie Pawłów Górny i Pawłów Dolny.

Nieco mniej wiadomo na temat działalności Wilczka w Bielszowicach. Baron rzadko odwiedzał swe dobra, w związku z czym ich zarządem zajmowali się plenipotenci, z których najbardziej znanym był Szymon Guzi. Wywiązywali się ze swych zadań wybornie, o czym świadczą zachowane statystyki.  W latach 1774-1776 założono na obrzeżach wsi trzy nowe kolonie: Pawłów Górny i Pawłów Dolny (niem. Ober/Nieder Paulsdorf; nazwany tak na cześć syna Macieja, Pawła) oraz Kończyce (Kunatów, niem. Kunzendorf; tu z kolei upamiętniono nazwę rodowego zamku Kończyc koło Cieszyna).  Z pozostałych osiedli warto wspomnieć o Dorotce, nazwanej tak na cześć żony dziedzica. Początkowo mieścił się tam folwark, następnie szyb powietrzny kopalni „Bielszowice” (Dorotkawetterschacht). Nieco później natomiast, około połowy XIX wieku założono na tym terenie osiedle Diebsdorf (wieś złodziei), przemianowane z czasem na Liebsdorf. Pozostałe dwa istniejące wówczas folwarki: Niwe i Suwatsch (Suwacz, Zuwacz na obszarze obecnego osiedla „Fińskich domków”), powstały najprawdopodobniej nieco wcześniej. Warto też dodać, iż dzięki szczodrości dziedziców przebudowano bielszowicki kościół (pracami kierował ówczesny proboszcz, ks. Franciszek Kulanek).

         W 1778 roku wskutek „wewnątrzrodowej” transakcji baron Maciej Wilczek odsprzedał majątek bielszowicki za sumę 33 333 talarów (według innej wersji za 56 666 talarów) swemu synowi, Pawłowi. Jednakże już w 1794 roku miejscowość miała nowego dziedzica, którym został po wypłaceniu 135 tysięcy talarów hrabia Ditlef Schlippenbach. Bielszowice z roku 1794 znacznie jednak różniły się od Bielszowic z roku 1772. Tamte, feudalne i zacofane, pod koniec XVIII wieku stanowiły już poniekąd melodię przeszłości. Właśnie bowiem w roku 1794 Paweł Wilczek otrzymał nadanie kopalni „Henriette” – pierwszego bielszowickiego zakładu wydobywczego „z prawdziwego zdarzenia”. Po kilkunastu  latach obok powstanie całkiem duża huta cynku (piszemy o niej w innym artykule), a w parafialnych metrykach, przy nazwiskach bielszowiczan miast dotychczasowych adnotacji: kmieć, zagrodnik lub chałupnik, królować będzie zwrot: górnik.

         Podsumowanie? Jeśli w ciągu zaledwie 22 lat wartość majątku wzrasta z 4 do 135 tysięcy talarów (czyli, uwaga, o 3400%!), można mówić o błędzie w obliczeniach albo o gospodarczym cudzie, rewolucji i transformacji wielkiego kalibru. Stali za nią Wilczkowie – pierwsi bielszowiccy kapitaliści z prawdziwego zdarzenia, lokalni wizjonerzy, pionierzy przemysłu węglowego.

Cmentarz pełen zagadek

Pierwsze wzmianki na temat bielszowickiego cmentarza pochodzą z przełomu XVI i XVII wieku. Nekropolia znajdowała się wówczas w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła, w miejscu, gdzie obecnie wznosi się dom katechetyczny. Dawny cmentarz był otoczony drewnianym płotem, a na jego obszarze nie było kaplicy cmentarnej. W II połowie XIX wieku liczba mieszkańców Bielszowic zaczęła gwałtownie rosnąć, co zmusiło ówczesnego proboszcza, ks. Jana Hrubego, do przeniesienia nekropolii w nowe miejsce.

stary kosciół rys1
Dawny drewniany kościół parafialny. Za widocznymi po lewej stronie drzewami znajdował się pierwszy bielszowicki cmentarz, czynny do roku 1867.

         Jak wynika z protokołu wizytacji parafii przeprowadzonej 17 października 1866 roku, od jakiegoś czasu prowadzono intensywne pertraktacje w sprawie pozyskania stosownego terenu (w jednym z zachowanych dokumentów proboszcz Hruby twierdzi, że rozpoczęły się one w roku 1861). W grę wchodziły dwie działki. Pierwsza  znajdowała się przy tzw. separacji,  czyli granicy oddzielającej grunty chłopskie od dworskich (niewykluczone, że chodziło o teren przy dzisiejszej ulicy ks. Niedzieli). Druga położona była niedaleko kościoła, przy głównej szosie (mowa o terenie obecnego cmentarza przy ulicy Kokota). Co ciekawe, proboszcz optował początkowo za wyborem pierwszego pola, jednak urzędnicy powiatowi zaoponowali, gdyż znajdowało się ono w sąsiedztwie ważnej dla wsi studni, a wejście na jego teren wiedzie pomiędzy domami. Urzędnicy zasugerowali więc wybór drugiego gruntu, ale póki co nie uzyskano jeszcze wówczas potrzebnej zgody landrata.  Pertraktacje dobiegły końca w roku 1867. Co się tyczy kwestii cmentarza, ta długo pozostająca w zawieszeniu sprawa znalazła wreszcie swój szczęśliwy finał, i 5 lipca br. nowy cmentarz został poświęcony i oddany do użytku – czytamy w protokole wizytacyjnym z 26 września 1867 roku. Można powiedzieć, że porozumienie osiągnięto w samą porę, wspomniany protokół podaje bowiem, że parafia liczyła już wówczas 3430 wiernych, a liczba pogrzebów w skali roku oscylowała w granicach 150. Powierzchnia cmentarza wynosiła początkowo 63,5 ara (teren cmentarny był w późniejszych latach parokrotnie powiększany przez następców ks. Hrubego).

cropped-kopiec1.jpg
Tzw. bielszowickie planty w latach 30. XX w. Widoczna na pierwszym planie figura św. Jana Nepomucena, pierwotnie znajdująca się w drewnianej kapliczce, stała przy wejściu na dawny cmentarz.

Niebawem przed proboszczem stanęło kolejne wyzwanie, jakim była budowa murowanej kaplicy cmentarnej. Z taką inicjatywą we wrześniu 1880 roku wyszły władze gminne Bielszowic, Pawłowa i Kończyc. Ks. Hruby poinformował o tym przełożonych pismem następującej treści: Gminy polityczne trzech miejscowości podległych parafii zamierzają na należącym do nas cmentarzu wznieść za naszym przyzwoleniem murowaną kaplicę cmentarną w możliwie najkrótszym czasie. Zamierzamy wyrazić zgodę, pod warunkiem, że prawo własności tutejszej parafii wskutek wspomnianej budowy nie zostanie naruszone lub podane w wątpliwość. Proboszcz, wysoko ceniony ze względu na rozległą wiedzę prawniczą, powoływał się w dalszej części listu na 47 paragraf ustawy z 20 czerwca 1875 roku O zarządzie majątków w gminach kościelnych katolickich.

P1040321
Na taki oto szkic natrafiliśmy przeglądając parafialne archiwa. Rysunek przedstawia projektowaną kostnicę i pochodzi z roku 1880. Nie zawiera tylnej części (apsydy), którą dobudowano w/ lub krótko po roku 1890.

Pamiętajmy o, co prawda będącym już wówczas w schyłkowej fazie, Kulturkampfie, którego nadrzędnym celem było podporządkowanie Kościoła katolickiego państwu pruskiemu. Proboszcz pragnął uniknąć sytuacji, w której władze gminne uzyskałyby nadmierny wpływ na zarządzanie terenem cmentarnym. Tłumaczył, że wystosował powyższe pismo w imieniu swoim i kościelnego zarządu celem uspokojenia katolickiego sumienia. Kuria rozwiała wątpliwości ks. Jana pisząc, że przekazanie miejsca pod budowę kaplicy nie zmienia statusu prawnego cmentarza, który pozostanie pod zarządem gminy kościelnej, natomiast władze gminy będą odpowiedzialne za budowę i utrzymanie budowli. Zgody na zawarcie umowy udzielić musieli natomiast zarząd parafii oraz patron kościoła. Wcześniej, 7 lipca 1880 roku, landrat powiatu zabrskiego, do którego od czasu reformy administracyjnej z 1873 roku należały Bielszowice, wystosował

grób matki
Jeden z najpiękniejszych nagrobków znajdujących się na bielszowickim cmentarzu, zdobiący grób matki ks. Józefa Niedzieli, Franciszki.

na ręce proboszcza Hrubego obszerne pismo, w którym uzasadniał konieczność budowy kostnicy (Leichenhalle). Według mojego rozeznania – czytamy w liście datowanym na 7 lipca 1880 roku, w większości miejscowości tego powiatu, bardzo często, co stwierdzam z głębokim smutkiem, nie należy do rzadkości, kiedy w jednym pomieszczeniu, zamieszkałym przez 5 – 6 osób, ludzkie zwłoki przechowywane są przez 3 – 4 doby. Prowadzi to do rozprzestrzeniania się groźnych chorób. Może temu zaradzić, wespół z nowymi przepisami policyjnymi, które obowiązywałyby wszystkich i zakazywałyby przetrzymywania ciał zmarłych w domach, postawienie kostnicy.  […] Wnoszę przeto o wzniesienie jednej dużej kostnicy w Bielszowicach dla trzech tutejszych gmin. Do pisma dołączono szkic budynku wraz z adnotacją, że kaplica będzie mogła pomieścić równocześnie ciała czterech dorosłych i dwojga dzieci. Jej długość wynosiła 8,63 metra, a szerokość 4,96 metra; budynek miał jedne drzwi i sześć niewielkich okien. Ks. Hruby ponownie skontaktował się z przełożonymi 18 listopada 1880 roku donosząc, że pertraktacje z miejscowymi gminami zostały zakończone i podpisano stosowną umowę. Jednocześnie poinformował, że właściciel tutejszych dóbr [Samuel Hoffmann] jest Żydem, dlatego nie mogliśmy uzyskać jego zgody, choć spotkaliśmy się ze zrozumieniem, a patron złożył podpis pod dokumentem. Wspomniana umowa składała się z czterech punktów. W pierwszym odnotowano, że gmina kościelna zezwala na budowę nowej kostnicy w stosownym miejscu tutejszego cmentarza, jednak całkowite prawo do cmentarza zachowuje miejscowy kościół parafialny. W punkcie drugim znalazł się zapis stwierdzający, że całość kosztów budowy i ewentualnych napraw budynku pokrywać będą gminy polityczne. W punkcie trzecim podano, że jeden klucz do kaplicy przechowywany będzie na probostwie, a drugi zostanie zdeponowany u grabarza. Na koniec odnotowano, iż w związku z pozwoleniem na budowę kostnicy gminie kościelnej nie  należy się odszkodowanie.

kaplica cmentarna
Kaplica cmentarna pochodząca z około 1880 r. Budynek wzniesiono pod naciskiem władz, które sprzeciwiały się przechowywaniu w domach ciał  zmarłych. Widoczna z tyłu apsyda została dobudowana później, pod nią najprawdopodobniej spoczywa założyciel nekropolii i budowniczy bielszowickiego kościoła, ks. Jan Hruby.

Cmentarz wielokrotnie powiększano (początkowo jego obszar sięgał tylko kaplicy cmentarnej).

Ciekawostki:

  • W kaplicy cmentarnej znajduje się tablica nagrobna ks. Jana Hrubego – najprawdopodobniej budowniczy naszego kościoła został w niej pochowany
  • Najstarsze zachowane nagrobki pochodzą z początku XX wieku. Do najcenniejszych należą groby Caspara i Otylii Marków (szwagra i siostry ks. Hrubego), restauratora Przygody i jego córki, przewoźnika Juliusza Machury, Jadwigi Niedzieli (matki ks. Józefa Niedzieli), wieloletniego lekarza bielszowickiej gminy Edwarda Ziai i jego żony, Olgi, proboszczów Walentego Piaskowskiego i Kazimierza Jadamusa, ks. Waltera Wrzoła
  • Na cmentarzu spoczywa również pierwsza dyrektor naszej szkoły, Maria Walasz
  • Na terenie cmentarza znajdują się trzy krzyże. Największy z nich ustawiono na cześć ofiar katastrofy górniczej w kopalni „Guido”
  • Pod koniec II wojny światowej z przodu cmentarza (przed grobami proboszczów) pochowano niemieckich żołnierzy. Ich groby ekshumowano w latach 90. i przeniesiono do wspólnej mogiły w Rudzie. W tej części chowano też zmarłych jeńców radzieckich przetrzymywanych w bielszowickim obozie przy dzisiejszej ulicy Chroboka
  • Kaplica cmentarna składa się z dwóch części. Niewykluczone, że część przednia to dawna kostnica, a niewielka apsyda została dobudowana później – być może to w niej spoczął ks. Hruby.
  • Początkowo na terenie cmentarza nie było bieżącej wody; wodociąg powstał dopiero w latach 30. z inicjatywy ks. Niedzieli
  • W okresie międzywojennym teren cmentarza był też wykorzystywany przez miejscowych przemytników („towar” chowano najczęściej w śmietnikach)
  • Z tyłu cmentarza chowano zmarłe dzieci; do lat 70. utrzymał się też obyczaj grzebania samobójców pod płotem
  • Po II wojnie światowej założono aleję zasłużonych, która upamiętnia poległych żołnierzy z lat 1939-45; w jej sąsiedztwie spoczywają też lokalni działacze partyjni (na ich grobach nie ma krzyży).

Pniaki – bielszowicka strefa no-go

Zapewne wielu z Was słyszało o cieszących się wątpliwą sławą osiedlach (najczęściej zamieszkanych przez ludność muzułmańską) na Zachodzie Europy, określanych mianem no-go zones.  Spacer taką dzielnicą w biały dzień może skończyć się przykro – w owych „strefach podwyższonego ryzyka” kwitną bowiem takie zjawiska, jak bezrobocie, przemyt, narkotyki czy prostytucja, a policja interweniuje kilkaset razy częściej niż przeciętnie. Poziom przemocy i przestępczości jest tak wysoki, że uniemożliwia ludziom normalne funkcjonowanie i zmusza ich do życia w ciągłym strachu. Wspomniane patologie nie są bynajmniej zjawiskiem nowym, zrodzonym u zarania XXI stulecia.  Pod koniec XIX wieku, gdy Górny Śląsk (a wraz z nim nasze Bielszowice) wszedł na drogę industrializacji, odnotowano wyraźny wzrost przestępczości. I w tym przypadku wiodącą rolę odegrała migracja ludności. Wystarczy dodać, że pomiędzy  1830 a 1900 rokiem liczba mieszkańców Bielszowic wrosła dziesięciokrotnie!  Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ilość niekoniecznie szła w parze z jakością – w rezultacie wielu „nowych” obywateli bielszowickiej gminy nie miało stałej pracy, a także często było na bakier z prawem.    Trudno więc się dziwić, iż kilka tutejszych osiedli zyskało z czasem fatalną reputację. W tej niechlubnej kategorii zdecydowany prym wiodły Pniaki.

Początki Pniaków mają ścisły związek z rozwojem przemysłu. Osiedle (jego niemiecka nazwa, Redendorf, czyli wieś Redena, upamiętnia Friedricha Wilhelma von Redena, dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, animatora rozwoju górnośląskiego górnictwa i hutnictwa na przełomie XVIII i XIX stulecia) powstało około 1790 roku. Pierwotnie funkcjonowały na tym obszarze dwa przysiółki: Pniaki i Redendorf, które z czasem zlały się w jedną dzielnicę (jeszcze sto lat temu Bielszowice dzieliły się nominalnie na kilka tego typu obszarów, m.in. Centrum, Kolonię, Krze oraz Kąty). Co ciekawe, w umysłach członków  lokalnych społeczności długo utrzymywał się ów swoisty podział, a jego ślady spotykane są jeszcze dziś (mieszkańcy Redendorfu na przykład,  z dumą podkreślali swą odrębność, a dla sąsiadów zza miedzy ukuli nieco złośliwe miano „Pniokorzy”). Bierze się to zapewne z faktu, iż Redendorf powstał prędzej,  niejako „oficjalnie” (stąd nazwa), a Pniaki… no cóż, pierwotnie ich obszar porastał gęsty las, który z początkiem XIX wieku został wykarczowany pod budowę rozwijającego się osiedla i istniejącej na jego terenie huty cynku. Funkcjonowanie  „Deutsche Hütte” datuje się na lata 1805/1822 – 1880, w tym też mniej więcej okresie ukształtowały się Pniaki. Natomiast początki Redendorfu sięgają ostatniego ćwierćwiecza XVIII stulecia, kiedy to z inicjatywy ówczesnych właścicieli bielszowickiego majątku, rodu Wilczków,  uruchomiono pierwsze kopalnie odkrywkowe: „Dorotheę” (1787) oraz „Henriettę” (1794).

REDEN
Hrabia Friedrich Wolfgang von Reden

W II połowie XIX wieku wydajność huty spadła; zakład zamknięto po roku 1870, w tym też okresie zlikwidowano „Henriettę”. Bielszowice, co prawda na krótko, bo do około 1895 roku, stały się na powrót miejscowością rolniczą. Podupadły przemysł  pozostawił  jednak „w spadku” rzesze robotników, rozsianych po licznych przysiółkach. Wprawdzie wielu z nich szybko znalazło zatrudnienie w zakładach funkcjonujących w ościennych miejscowościach (m. in. w Hucie „Pokój”, w Kopalni „Lithandra”, a także w Kopalni „Guido” w Zabrzu),  jednak część pozostała bez pracy, co skutkowało wzrostem przestępczości –  zwłaszcza na obszarze wspomnianych Pniaków. Osiedle zyskało mało zaszczytne miano przyczółka komunizmu, w którym życie religijne wielkiej większości ludności katolickiej całkowicie zamarło. Szczególnie głośnym echem odbiły się wydarzenia z 7 sierpnia 1894 roku, kiedy ludność tego osiedla – a także przylegających do niego Kreiskolonii i Czarnego Lasu, wszczęła rozruchy, które osławiły okolicę na całą Rzeszę Niemiecką. Do zajść doszło po tym, jak w wireckiej restauracji Izydora Lachmanna zorganizowano zebranie katolickich robotników.  Gdy jednak okazało  się, że prelegentem ma być jeden z miejscowych socjalistów, Prukop, władze cofnęły wydaną wcześniej zgodę. Rozeźleni robotnicy (których początkowo było niewielu, lecz na wieść o perturbacjach ich liczba wzrosła do około tysiąca), udali się wraz z niedoszłym mówcą  do pobliskiego kamieniołomu, gdzie zamierzano kontynuować wiec. Przybyli na miejsce żandarmi zażądali od tłumu rozejścia się, argumentując, że zgromadzenie jest nielegalne. Była to przysłowiowa iskra rzucona na beczkę prochu. Dalszy przebieg zdarzeń przypominał klasyczną tragifarsę. Niestety, nie obyło się bez rozlewu „robotniczej” krwi.

reden
Ulica Bytomska – widok na centrum Redendorfu

Między policjantami a robotnikami doszło do kłótni i przepychanek. Zaskakująco dobrze poinformowany reporter „Nowin Raciborskich” relacjonował: Robotnik Ploch grał na skrzypcach, a tłum krzyczał. Żandarm zakazał grać i schwycił go wreszcie za rękę. Na to miał Ploch rzucić się na ziemię, a tłum zawołał: „Żandarm zabił kogoś; będziemy świadczyć; żandarmowi nie wolno bić nikogo.”  W międzyczasie aresztowano dwie osoby, co dodatkowo zaogniło sytuację. W stronę stróżów prawa poleciały więc kamienie, a manifestanci uwolnili z ich rąk aresztowanych. Żandarmi raz jeszcze zażądali od ludzi rozejścia się, a wobec braku reakcji, otwarli ogień.  Trudno dociec, co nimi kierowało, w każdym razie była to decyzja najgorsza z możliwych, dająca manifestantom do ręki potężny argument, odtąd bowiem walczyli już nie tylko o prawo do organizowania wiecu, lecz wymierzali sprawiedliwość, próbując pomścić ofiary (zginęła na szczęście tylko jedna z obecnych kobiet, mieszkanka Bielszowic, robotnica Etzlerowa).

Wkrótce role uległy zamianie – ścigający stali się ściganymi. Rozjuszony tłum zupełnie wymknął się spod kontroli. Raz jeszcze oddajmy głos wysłannikowi „Nowin Raciborskich”: Kamienie padały jeszcze gęściej, niż początkowo, i urzędnicy uciekli do restauracji, gdzie zatarasowali drzwi za sobą. Robotnicy rzucili się na dom, uszkodzili go, kilku do­tarło na podwórze, skąd wypędzili ich żandarmi pałaszami. Była to więc regularna bitwa, której wynik, patrząc z perspektywy nieudolnych stróżów prawa, był co najmniej niepewny. Żandarmi uzyskali jednak niebawem nieocenione wsparcie. Mniej więcej po upływie godziny przybyli urzędnikom na pomoc dwaj żandarmi piesi i jeden konny, natarli na tłum pałaszami i strzelali do niego. Z czasem rozpędzono robotników i oddział wojska, powołany z Bytomia nie znalazł już nic do roboty. Tak oto dobiegło końca starcie, o którym miały po latach krążyć legendy. O przebiegu „bitwy o Pniaki” informowały wszystkie niemal górnośląskie gazety, a wieści o zajściach dotarły ponoć nawet do samego Berlina.

D_MYRCmXUAARI66
Kościół pw. Ducha Świętego, widok z okresu międzywojennego

Po kilku miesiącach odbył się proces, w którym na ławie oskarżonych zasiadło 57 osób – w większości mieszkańców Bielszowic, Pniaków, Wirku, Czarnego Lasu i Nowej Wsi. Za zaburzanie spokoju na kary od 1 miesiąca do 2 lat więzienia skazano łącznie 26 osób – w tym dwoje mieszkańców Bielszowic i trzech robotników z Pniaków. Na utrzymanie rodzin więźniów zbierano wśród mieszkańców datki.

Wspomniany w tekście Rudolf Prukop (rębacz z kopalni „Królowa Luiza”, której sporą część załogi stanowili mieszkańcy Bielszowic) był jednym z inicjatorów powstania pierwszego na Górnym Śląsku związku zawodowego górników. W maju 1894 roku (czyli na kilka miesięcy przed zajściami w Pniakach) uczestniczył w międzynarodowym kongresie górniczym w Berlinie. Prukop stawił się w stolicy Cesarstwa wraz z innym pracownikiem wspomnianej kopalni, Franciszkiem Krawczykiem,  jako  mąż zaufania załogi. Prezydent rejencji opolskiej relacjonował: Obydwaj […] wyjechali jako delegaci na kongres górniczy, mimo że odmówiono im udzielenia urlopu, otrzymali wypowiedzenie pracy […] Opierając się na znanym żądaniu ośmiogodzinnego dnia pracy, przy pomocy różnego rodzaju obietnic poprawy położenia ekonomicznego robotników, obrabiali systematycznie załogę kopalni państwowej „Köninin Louise” i nakłaniali do wstępowania do założonej przez nich komórki bochumskiego, socjaldemokratycznego Związku Górników. […] W ciągu 2 miesięcy przystąpiło do tej organizacji prawie 3000 płacących członków. Bezpośrednim skutkiem działalności Prokupa było zawiązanie się w Zabrzu w czerwcu 1894 roku oddziału Związku Górników – pierwszej tego typu organizacji na Górnym Śląsku. Po wydarzeniach w Pniakach został on przez władze zdelegalizowany, mimo to agitacja socjaldemokratyczna na obszarze powiatów zabrskiego i bytomskiego trwała nadal.

NomcPd1aI438QElnbX
Centrum Czarnego Lasu współcześnie

Pniaki tymczasem nadal pozostawały obszarem „podwyższonego ryzyka”. W okresie II Rzeczypospolitej (przypadającym na Górnym Śląsku na lata 1922-1939) liczba mieszkańców osiedla wzrosła do ponad dwóch tysięcy, a na początku lat 30. odnotowano ponowny wzrost bezrobocia. Na terenie dawnej huty i kopalni zakładano liczne biedaszyby, a część ludności trudniła się przemytem, szmuglując towar z pobliskich Niemiec.   Mimo że w Pniakach stosunkowo dobrze rozwijało się życie kulturalne i sportowe (działały m. in. chór oraz kluby piłkarskie, palantowe, szachowe i rowerowe), na ulicach było niebezpiecznie i dochodziło do częstych kradzieży, a nawet morderstw. Innym niepokojącym zjawiskiem był zanik religijności – bardzo niewielu mieszkańców osady praktykowało, dlatego władze duchowne postanowiły temu zaradzić,  zakładając w Pniakach nową stację duszpasterską, której teren został wydzielony z obszaru parafii bielszowickiej. Taka była geneza najbardziej „kolorowej” świątyni Rudy Śląskiej – kościoła pw. Ducha Świętego, konsekrowanego w 1938 roku na terenie należącym ongiś do „Deutsche Hütte”.  Opowiemy o nim szczegółowo przy innej okazji.

Organistówka – pierwsza bielszowicka szkoła

W 1665 roku do Bielszowic przybyli kościelni wizytatorzy z zadaniem sporządzenia raportu na temat stanu parafii. Z lektury dokumentu wynika, że nasza miejscowość była zaniedbana: drewniany kościół  pw. Wszystkich Świętych znajdował się w nieładzie, na miejscu nie było proboszcza, a właściciele wioski nie troszczyli się swe dobra. Dla nas istotniejsza jest jednak informacja dotycząca rektora szkoły i jego zarobków – autorzy protokołu podają, że otrzymywał z fundacji niejakiego Wiktoryna Będowskiego jeden floren i 6 groszy. To pierwsza wzmianka dotycząca bielszowickiej oświaty.

organistówka
Organistówka. Zdjęcie z lat 80. XX w.

Początki szkolnictwa na Ziemi Bytomskiej sięgają czasów średniowiecza i wiążą się z działalnością szkół parafialnych. Pierwszą, wzmiankowaną już w roku 1428, była szkoła w Bytomiu. Sieć szkół parafialnych w dużej mierze uległa zniszczeniu na skutek wojny trzydziestoletniej (1618 – 1648). Prawdziwą rewolucję w strukturze miejscowego szkolnictwa przyniósł dopiero wiek XVIII, kiedy to rosnące w siłę państwo pruskie przejęło z rąk austriackich Śląsk, rozpoczynając zakrojoną na szeroką skalę reformę oświaty. Wówczas Bielszowice posiadały już od dawna własną szkołę, tak więc nie zawdzięczała ona swego powstania ustawodawstwu pruskiemu, lecz miała rodowód stricte kościelny. Potwierdza to protokół wizytacji szkolnej z 11 lutego 1789 roku, w którym odnotowano, iż w Bielszowicach szkoła nie jest utworzona na mocy królewskiego edyktu, ale dzieci są uczone w domu organisty. Pierwsza pewna wzmianka o nauczycielu w Bielszowicach pochodzi z roku 1744. Tomasz Wesołek, określany mianem organisty–nauczyciela, posiadał „odpowiednie przygotowanie do nauczania.” Znał język niemiecki, lecz nie zdołał go przyswoić swym podopiecznym, ponieważ w nauczaniu posługiwał się polszczyzną. Pracował w Bielszowicach ćwierć wieku, zmarł ociemniały w 1787 roku w wieku 95 lat. Kolejny nauczyciel, Józef Samuel, uczył dzieci tylko czytania, pisania i śpiewu, co szybko doprowadziło do zmiany na stanowisku nauczyciela, którym został syn Tomasza Wesołka, Wawrzyniec. Pełnił on łączoną funkcję nauczyciela i organisty znacznie krócej od ojca, bo pomiędzy 1778 a 1782 rokiem. Był ostatnim nauczycielem bielszowickim, który sprawował swój urząd z nadania kościelnego.

OKŁADKA 13 2
Organistówka około 1930 r.

         Kiedy w roku 1763 w Prusach wprowadzono obowiązek szkolny dla dzieci płci męskiej, i w związku z tym, w szkole pojawiło się obowiązkowe nauczanie języka niemieckiego, pociągnęło to za sobą zasadnicze zmiany. Datą początkową  „nowożytnych” dziejów szkoły bielszowckiej był rok 1782, w którym władze pruskie wyznaczyły pierwszego państwowego nauczyciela. Został nim Rafał Mazurek, zaś po nim tę funkcję pełnili kolejno: Antoni Job (w latach 1784 – 1790), Jan Imiela (1791 – 1836; w tym czasie pracowali w Bielszowicach też tak zwani adjuwanci, czyli nauczyciele pomocniczy: Ludwik Heller, Melchior Naclawa, Wawrzyniec Scheidle, Antoni Bialon, Cichoń, Koronowski oraz Stefan Nawrath), Franciszek Sługa (1839), Florian Musiał, Karol Drobny, Antoni Schindler, Teodor Lipka, Jan Ducka, Ernst Tobias oraz rektor Wehse, który był ostatnim kierownikiem szkoły pełniącym jednocześnie funkcję organisty.

  Zajęcia szkolne odbywały się w domu organisty – Organistówce, która nie była jednak w stanie pomieścić stale rosnącej liczby dzieci. W protokole wizytacyjnym z 1789 roku zanotowano, że gospodarz żali się na ciasnotę panującą w budynku. Pierwotna Organistówka składała się bowiem tylko z jednej izby, która pełniła jednocześnie rolę sali lekcyjnej i mieszkania nauczyciela. W 1790 roku, wychodząc naprzeciw prośbom organisty Antoniego Joba, dobudowano do niej dodatkową salę lekcyjną oraz postawiono toaletę (zajęcia nadal jednak prowadzono wspólnie dla chłopców i dziewczynek).

stary kosciół rys12
Rycina przedstawiająca dawny bielszowicki kościół i jego obejście (na podstawie obrazu Juliusza Marcisza). Po prawej drewniana organistówka.

W 1816 roku wzniesiono nowy drewniany budynek szkolny, który w 1828 roku został zastąpiony murowanym. Szkoła mieściła zaledwie dwie sale lekcyjne, a w związku z tym, że naukę pobierały w niej także dzieci z pobliskich Kończyc i Pawłowa, w 1844 roku została powiększona między innymi o mieszkania dla nauczycieli pomocniczych. Z każdym kolejnym rokiem uczniów jednak gwałtownie przybywało (druga klasę otwarto w roku 1853, w 1855 roku naukę pobierało 368 uczniów), tak więc na cele edukacyjne zdecydowano się wydzierżawić piętro miejscowej synagogi. Było to rozwiązanie tymczasowe; od tej pory czyniono energiczne starania w celu wzniesienia oddzielnych szkół dla Pawłowa i Kończyc, jak też innych przysiółków, w tym „Kątów”, gdzie na cele szkolne przekazano stary cekhauz. W 1881 roku w centrum Bielszowic wzniesiono nowy budynek szkolny, który w okresie międzywojennym zyskał miano Szkoły Powszechnej nr 1. Pierwszym dyrektorem mianowano Ernsta Tobiasa, który od stycznia 1872 roku pełnił w Bielszowicach obowiązki parafialnego organisty i nauczyciela. Warto w tym miejscu przywołać jego wspomnienia z 1916 roku: Kiedy tu przybyłem, gmina była nieliczna, a w szkole panowały tragiczne warunki. Pod opieką miałem 400 uczniów, których uczyłem w pojedynkę. Początkowo językiem wykładowym był polski, dopiero od 1872 stał się nim niemiecki. Wymagało to poprawy panujących w szkole warunków. Byłem naocznym świadkiem tego, jak licząca niespełna 1000 mieszkańców wioska zmienia się w kilkunastotysięczną osadę. Na początku przebywali tu dwaj nauczyciele, a obecnie w Bielszowicach jest już pięć gmachów szkolnych, w których pracuje blisko pięćdziesięciu pedagogów.

Tobias
Zdjęcie z 1886 r. przedstawiające uczniów klasy I Schule I. W środku wieloletni parafialny organista i rektor szkoły, Ernst Tobias.

Abraham „Trzynastki”

Jak głosi tradycja, istnieje tylko jeden prawdziwy jubileusz –  „Abraham” (czyli pięćdziesięciolecie) oraz jego wielokrotności. Skoro tak, kolejny czeka naszą szkołę dopiero w roku 2069. Niniejszy numer gazetki w całości  poświęcamy „Złotej Jubilatce”. Na początek kilka słów o tym, jak przebiegała jej budowa.

sp2budynek
Szkoła Podstawowa nr 2 (Schule II) z lat 1900-1969.
tablica1
Szkoła Podstawowa nr 13 na początku 1969 r.

         Pierwsza „Trzynastka”, o istnieniu której pamiętają jeszcze starsi mieszkańcy Bielszowic, powstała na początku XX wieku (piszemy o niej w innym miejscu). Był to ceglany, masywny i solidny budynek – nie na tyle jednak, aby oprzeć się skutkom eksploatacji węgla, prowadzonej na tym obszarze już od końca XVIII stulecia. Tzw. szkody górnicze sprawiły, że swój pierwszy poważny remont szkoła przeszła po zaledwie kilkunastu  latach istnienia. Od tamtej pory niemal każdy rok szkolny wyglądał podobnie: we wrześniu szkolna „dziatwa” wchodziła do pachnącej farbą, odnowionej szkoły, by wraz z końcem czerwca dowiedzieć się, że lada dzień rusza kolejny remont. Ba, niekiedy zdarzało się, iż prace prowadzono kilka razy w ciągu roku.  Nie wierzycie? Zajrzyjcie do szkolnej Kroniki.  W 1923 roku, przykładowo, czytamy w niej, że nauka odbywała się w jednym skrzydle po 2 godziny dziennie z każdym oddziałem. Wynika z tego, że przez cały rok na czterystu uczniów i kilkanaście klas przypadały… cztery sale lekcyjne! Po roku zaś –  „powtórka z rozrywki” i wyłączenie z użycia drugiego skrzydła.  Tego typu przykładów można przytoczyć więcej. Po II wojnie światowej stan szkoły pogorszył się do tego stopnia, iż obawiano się o bezpieczeństwo dzieci i uczących.  To wreszcie podziałało na wyobraźnię ówczesnych decydentów.

chrobok
Dyrektor kopalni „Bielszowice” Maksymilian Chrobok – jeden z inicjatorów budowy obecnej szkoły.

  O konieczności wzniesienia nowej szkoły dyskutowano już w latach 50. Jednak dopiero dzięki ogromnemu zaangażowaniu kierownik szkoły, Marii Walasz, i mediacjom dyrektora kopalni „Bielszowice”, Maksymiliana Chroboka, władze dojrzały do realizacji projektu.  Dodatkowym problemem, który z biegiem lat okazywał się coraz bardziej dokuczliwy, była ciasnota panująca w dotychczasowym budynku. Wieloletnia kierownik szkoły, Maria Walasz, w roku 1964 tak opisywała wynikające stąd problemy: Szkoła nie posiada sali widowiskowej ani gimnastycznej i stąd ma trudności z organizowaniem imprez dla środowiska. Imprezy odbywają się w sali lekcyjnej i żeby oglądnęli je wszyscy uczniowie szkoły, trzeba powtarzać je trzy razy.

1962-63
Maria Walasz – dyrektor Szkoły Podstawowej nr 13 w latach 1960-61 i 1965-1977. Dzięki jej staraniom powstała obecna „Trzynastka”.

         Mając na uwadze powyższe trudności, w 1964 roku Samorząd Szkolny zdecydował się wystosować do dyrekcji kopalni „Zabrze” list, prosząc o sfinansowanie budowy nowej szkoły. W dniu 21 lipca 1965 roku w Biurze Szkód Górniczych w Bytomiu odbyła się rozprawa między reprezentantami szkół nr 12 i 13 a przedstawicielami kopalń „Bielszowice” i „Zabrze” w sprawie szkód górniczych w szkołach i projektu budowy nowych szkół. Ko-palnie zaproponowały wybudowanie jednej szkoły dla obydwu obwodów, przeciw czemu zaprotestowała Maria Walasz. Dyrektor wspominała po latach: Dowiedziałam się wtedy, że usłużni sąsiedzi ze szkoły sąsiedniej zaplanowali sobie aby połączyć dwie szkoły (…) i wybudować jeden budynek w parku Strzelnica. Obwód szkoły 13 jest dosyć rozległy i dzieci(…) miałyby daleką, dosyć utrudnioną drogę przez pustkowia. Na to nie mogłam się zgodzić, nie mogłam zawieść naszych uczniów i rodziców. Zadecydowano więc o budowie dwóch oddzielnych szkół, natomiast kopalnia „Zabrze” miała wyasygnować na ten cel 6 milionów złotych. Autorem opracowanego w lipcu 1966 roku projektu nowego gmachu szkolnego był mgr inż. W. Lipiński.

 

Sporo problemów nastręczał wybór odpowiedniego miejsca budowy. W związku z ryzykiem ponownego wystąpienia szkód górniczych, teren ulicy Górnej, gdzie stała stara szkoła, nie mógł być brany pod uwagę. Po dłuższych namysłach dyrektor Walasz wskazała obszar, na którym wznosi się obecny budynek. Zawsze o tym miejscu mówiło się „na skale”. Pomyślałam, że tam tak zaraz nie mogą pojawić się szkody górnicze i szkoła będzie miała trwałe miejsce – motywowała swój wybór po latach. Jeszcze w 1965 roku rozpoczęto prace przygotowawcze. Budowa ruszyła w lecie 1967 roku; do końca roku udało się zakończyć prace przy fundamentach. W kwietniu 1968 roku szkoła otrzymała pierwszy transport szkolnych ławek. Nowy sprzęt składowano w poszczególnych salach lekcyjnych starej szkoły, co dodatkowo utrudniało jej funkcjonowanie.

W tym czasie stan starego budynku szkolnego pogorszył się do tego stopnia, że (…) pękał coraz więcej, nie domykały się okna i drzwi, szpary w ścianach powiększały się. Możliwość przeniesienia nauki do wznoszonego gmachu była jednak wykluczona, bowiem nie zainstalowano tam jeszcze centralnego ogrzewania, jak też nie ukończono toalet. Mimo kłopotów rok szkolny 1968/69 rozpoczął się jeszcze w starym gmachu. Z końcem roku 1968, po 15 miesiącach intensywnych prac budowlanych, nowa szkoła była praktycznie gotowa na przyjęcie uczniów. Przy zagospodarowaniu szkoły z aktywną pomocą pospieszyła kopalnia „Bielszowice”. Szczególnie cennego wsparcia udzielił ówczesny dyrektor zakładu, Maksymilian Chrobok. Maria Walasz tak oceniała wkład kopalni w powstanie szkoły: Trudno skwitować jednym zdaniem pracę Komitetu Opiekuńczego [kopalni „Bielszowice”]. Ojcowska troska, ofiarna pomoc i dobra rada, szczególnie dyr. Kop. „Bielszowice” inż. Maksymiliana Chroboka, zasługują na specjalne uznanie i wdzięczność. Kopalnia zapewniła transport mebli i szkolnego sprzętu. Jej pracownicy całość prac wykończeniowych wewnątrz budynku wykonali w czynie społecznym.

         Ze słów Marii Walasz wynika, że ostatnie tygodnie prac były prawdziwym wyścigiem z czasem. Miesiąc grudzień to czas wstępnego oddania nowej szkoły. Prace społeczne rodziców zaczęły się już 14 grudnia przy myciu okien i czyszczeniu pomieszczeń. Trudna to była praca. W szkole zimno, a wieczorem ciemno, jednak nie było dnia, aby nie pracowało przynajmniej od 15-25 kobiet. Nawet wieczorami przy świecach myto okna, robiły to te kobiety-matki, które w dzień pracowały zawodowo, a wieczorem chciały odrobić swe zobowiązanie i mieć swój wkład pracy w nową szkołę. 1 stycznia w budynku uruchomiono centralne ogrzewanie, a 13 stycznia odbyło się właściwe przekazanie kluczy przez przedsiębiorstwo kierowniczce szkoły Marii Walaszowej.  W dniach 17-18 stycznia przetransportowano cały sprzęt i pomoce naukowe ze starej szkoły. W wymienione prace zaangażowani byli również nauczyciele, nadzorujący transport wyposażenia biblioteki, pracowni chemicznej starej szkoły. Pomagali też uczniowie, którzy w setkach koszy przyniesionych z domu przenosili książki i szkła laboratoryjne. Maria Walasz była pod wraże-niem mobilizacji i po-święcenia, którymi wykazała się społeczność „Trzynastki”. Szkoda tylko, że takich właśnie momentów nie utrwalono na fotografiach, właśnie przy pracy rodziców, uczniów i nauczycieli – ubolewała.

otwarcie2
Otwarcie Szkoły Podstawowej nr 13, 8 lutego 1969 r.

otwarcie1

Długo oczekiwane otwarcie nowo wybudowanej szkoły miało miejsce 8 lutego 1969 roku. Młodzież szkolna z nauczycielami zgromadzili się po raz ostatni na dziedzińcu szkoły, pożegnali ją i uroczyście przy dźwiękach orkiestry górniczej Kopalni „Bielszowice” przemaszerowali do nowego budynku szkolnego przy ulicy Dąbrowszczaków nr 61, którego otwarcia miano w tym dniu dokonać – czytamy w Kronice. Przed wymarszem uczennica klasy VII Krystyna Bień, w imieniu wszystkich zgromadzonych pożegnała dawną „Trzynastkę” słowami:

 

Zszarzały pokrył się patyną

Na starej szkole stary dach

Wezbrany falą czasu wiek przeminął

Dziś została pogrążona w snach.

 

Służyła wielu pokoleniom

Przez długich 68 lat

Nam przyszło ją opuścić, pożegnać

I podziękować za wiele dobrych rad.

 

Za wszystko co z murów Twoich

Wyniosło tyle pokoleń

Zostały tylko wspomnienia

I nasze serdeczne zapewnienia.

 

Że pracę, naukę, obowiązkiem obywatelskim

Wykażemy zawsze i wszędzie z radością

Że każde z nas wdzięcznym dzieckiem polskim.

W samo południe odegrano hymn państwowy, po czym zebranych gości powitał Maksymilian Chrobok. Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, Rufin Suchoń wręczył klucze kierowniczce szkoły, Marii Walasz. W akcie erekcyjnym nadano szkole imię Edwarda Żabińskiego. Symbolicznego przecięcia wstęgi dokonała Jadwiga Żabińska, żona patrona szkoły. Obok niej i jej syna Andrzeja na uroczystości obecni byli przedstawiciele miejscowych władz partyjnych, milicji, harcerstwa, dyrektorzy i pracownicy rudzkich szkół podstawowych oraz średnich.

Günter Białas (1907-1995)

Urodził się w Bielszowicach. Sławę zyskał jako twórca oryginalnych etiud, kantat i oper. W Polsce właściwie nieznany – w Niemczech, w których mieszkał przez większość życia, uchodzi za jednego z ważniejszych kompozytorów muzyki poważnej II połowy XX stulecia. Dziś przedstawiamy sylwetkę Güntera Białasa.

        Od razu uściślijmy pewną kwestię: Bialas (Białas) był Górnoślązakiem, co często z dumą podkreślał. Dorastał jednak w rodzinie o niemieckich zapatrywaniach, przez całe życie uważał się więc za Niemca. Czy jednak z tego powodu powinniśmy ignorować jego imponujący dorobek? Śląsk to kraina paradoksów. Ziemia graniczna, a przy tym – użyjmy słów Karola Wojtyły –  miejsce, w którym rodzą się diamenty. W panteonie wielkich Górnoślązaków  Günter Białas zajmuje miejsce szczególne. W jego utworach znajdą coś dla siebie zarówno miłośnicy muzyki klasycznej w wydaniu Krzysztofa Pendereckiego, jak i zwolennicy ambitnego rocka spod znaku King Crimson czy Emerson, Lake & Palmer. Co ważne,  twórczość Białasa przesiąknięta jest duchem i klimatem Górnego Śląska.

bialas
Günter Białas (1907-1995).

      Co wiadomo o dzieciństwie kompozytora? Muzyka była obecna w życiu Białasa od najmłodszych lat, ponieważ jego ojciec, z zawodu pianista,   prowadził okoliczne chóry. Mały Günter często uczestniczył też w koncertach orkiestr dętych i kapel górniczych. Miał ponadto styczność z muzyką sakralną oraz bardzo popularnym wówczas na Śląsku amatorskim teatrem muzycznym. Pewnym jest, że w latach 1922-1925 kilkunastoletni Białas uczył się w Chorzowie i w Katowicach gry na fortepianie oraz teorii muzyki u Fritza Lubricha (wówczas najpopularniejszej i najbardziej cenionej postaci górnośląskiej muzyki poważnej, kierownika słynnego zespołu wokalnego Meisterscher Verein). Uczęszczał do gimnazjum mniejszości niemieckiej, a po zdaniu matury w 1926 roku studiował muzykologię, germanistykę oraz historię na Uniwersytecie Wrocławskim. Równocześnie, pomiędzy rokiem 1927 a 1931, odbył w Berlinie studia z zakresu pedagogiki muzycznej. W latach 1934-1937 pracował jako nauczyciel we wrocławskim   Frauenoberschule der Ursulinen Breslau – Carlowitz (Liceum Żeńskim Sióstr Urszulanek). W dalszym ciągu doskonalił swój warsztat kompozytorski m. in. pobierając w Berlinie lekcje u cenionego muzyka Maxa Trappa. W 1939 r. został powołany jako docent teorii muzyki i kompozycji do Instytutu Wychowania Muzycznego Uniwersytetu Wrocławskiego (Institut für Musikerziehung der Universität Breslau). Po służbie wojskowej podczas II wojny światowej i pobycie w obozie jenieckim (w latach 1941-1945) uciekł razem z żoną, śpiewaczką Gerdą Specht, ze Śląska do Bawarii, gdzie w 1946 roku został kierownikiem Münchener Bach-Vereins (Monachijskiego Związku Bacha).

bialas4
Autograf Güntera Białasa.

     Od 1947 do 1959 roku Białas wykładał kompozycję w Nordwestdeutschen Musikakademie, obecnej Wyższej Szkole Muzycznej Detmold. Następnie przeniósł się (jako profesor kompozycji) do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej i Teatralnej w Monachium (Hochschule für Musik und Theater München), gdzie uczył do 1972 roku.

     Twórczość muzyczna Białasa obejmowała wiele gatunków – muzykę symfoniczną, operową, kameralną, chóralną. Dużą popularność zdobyły je­go o­pe­ry : „Hero Und Leander” (1966), „Die Geschichte von Aucassin Und Nicolette” (1969) i „Der Gestiefelte Kater” (1973).

biala2
Günter Białas w ostatnich latach życia.

      Günter Białas zmarł 5 lipca 1995 roku w Glonn, gdzie jedna z ulic nosi jego imię. Prezydent Niemiec Roman Herzog napisał w liście kondolencyjnym do jego siostry: „Świat będzie o nim pamiętał, Jego dzieło przetrwa dla potomności”. Bawarska Akademia Sztuk Pięknych (Bayerische Akademie der Schönen Künste), w której Białas kierował w latach 1974-1979 działem muzycznym, nadaje od 1998 roku co dwa lata nagrodę Gerda-und-Günter-Bialas-Preis w dziedzinie kompozycji, finansowaną przez fundację GEMA-Stiftung.

     Günter Bialas był od 1971 r. członkiem zwyczajnym Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych. Otrzymał wiele nagród i odznaczeń, w tym: Krzyż Zasługi I Klasy Republiki Federalnej Niemiec, Bawarski Order Zasługi i Order Maksymiliana za Wiedzę i Sztukę. Należy z pewnością do najwybitniejszych profesorów kompozycji okresu powojennego w Niemczech. Wyróżniał się nowoczesną, pełną otwartości postawą pedagogiczną polegającą na wspieraniu i rozwijaniu indywidualności swoich uczniów. Wśród jego wychowanków byli tacy kompozytorzy, jak Peter Michael Huber, Wilfried Hiller, Ulrich Stranz, Michael Denhoff, Wilhelm Killmayer, Peter Kiesewetter i Gerd Zacker.

Zachęcamy do zapoznania się z jednym z dzieł Güntera Białasa, Introitus – Exodus für Orgel und Orchester.