Pniaki – bielszowicka strefa no-go

Zapewne wielu z Was słyszało o cieszących się wątpliwą sławą osiedlach (najczęściej zamieszkanych przez ludność muzułmańską) na Zachodzie Europy, określanych mianem no-go zones.  Spacer taką dzielnicą w biały dzień może skończyć się przykro – w owych „strefach podwyższonego ryzyka” kwitną bowiem takie zjawiska, jak bezrobocie, przemyt, narkotyki czy prostytucja, a policja interweniuje kilkaset razy częściej niż przeciętnie. Poziom przemocy i przestępczości jest tak wysoki, że uniemożliwia ludziom normalne funkcjonowanie i zmusza ich do życia w ciągłym strachu. Wspomniane patologie nie są bynajmniej zjawiskiem nowym, zrodzonym u zarania XXI stulecia.  Pod koniec XIX wieku, gdy Górny Śląsk (a wraz z nim nasze Bielszowice) wszedł na drogę industrializacji, odnotowano wyraźny wzrost przestępczości. I w tym przypadku wiodącą rolę odegrała migracja ludności. Wystarczy dodać, że pomiędzy  1830 a 1900 rokiem liczba mieszkańców Bielszowic wrosła dziesięciokrotnie!  Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ilość niekoniecznie szła w parze z jakością – w rezultacie wielu „nowych” obywateli bielszowickiej gminy nie miało stałej pracy, a także często było na bakier z prawem.    Trudno więc się dziwić, iż kilka tutejszych osiedli zyskało z czasem fatalną reputację. W tej niechlubnej kategorii zdecydowany prym wiodły Pniaki.

Początki Pniaków mają ścisły związek z rozwojem przemysłu. Osiedle (jego niemiecka nazwa, Redendorf, czyli wieś Redena, upamiętnia Friedricha Wilhelma von Redena, dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, animatora rozwoju górnośląskiego górnictwa i hutnictwa na przełomie XVIII i XIX stulecia) powstało około 1790 roku. Pierwotnie funkcjonowały na tym obszarze dwa przysiółki: Pniaki i Redendorf, które z czasem zlały się w jedną dzielnicę (jeszcze sto lat temu Bielszowice dzieliły się nominalnie na kilka tego typu obszarów, m.in. Centrum, Kolonię, Krze oraz Kąty). Co ciekawe, w umysłach członków  lokalnych społeczności długo utrzymywał się ów swoisty podział, a jego ślady spotykane są jeszcze dziś (mieszkańcy Redendorfu na przykład,  z dumą podkreślali swą odrębność, a dla sąsiadów zza miedzy ukuli nieco złośliwe miano „Pniokorzy”). Bierze się to zapewne z faktu, iż Redendorf powstał prędzej,  niejako „oficjalnie” (stąd nazwa), a Pniaki… no cóż, pierwotnie ich obszar porastał gęsty las, który z początkiem XIX wieku został wykarczowany pod budowę rozwijającego się osiedla i istniejącej na jego terenie huty cynku. Funkcjonowanie  „Deutsche Hütte” datuje się na lata 1805/1822 – 1880, w tym też mniej więcej okresie ukształtowały się Pniaki. Natomiast początki Redendorfu sięgają ostatniego ćwierćwiecza XVIII stulecia, kiedy to z inicjatywy ówczesnych właścicieli bielszowickiego majątku, rodu Wilczków,  uruchomiono pierwsze kopalnie odkrywkowe: „Dorotheę” (1787) oraz „Henriettę” (1794).

REDEN
Hrabia Friedrich Wolfgang von Reden

W II połowie XIX wieku wydajność huty spadła; zakład zamknięto po roku 1870, w tym też okresie zlikwidowano „Henriettę”. Bielszowice, co prawda na krótko, bo do około 1895 roku, stały się na powrót miejscowością rolniczą. Podupadły przemysł  pozostawił  jednak „w spadku” rzesze robotników, rozsianych po licznych przysiółkach. Wprawdzie wielu z nich szybko znalazło zatrudnienie w zakładach funkcjonujących w ościennych miejscowościach (m. in. w Hucie „Pokój”, w Kopalni „Lithandra”, a także w Kopalni „Guido” w Zabrzu),  jednak część pozostała bez pracy, co skutkowało wzrostem przestępczości –  zwłaszcza na obszarze wspomnianych Pniaków. Osiedle zyskało mało zaszczytne miano przyczółka komunizmu, w którym życie religijne wielkiej większości ludności katolickiej całkowicie zamarło. Szczególnie głośnym echem odbiły się wydarzenia z 7 sierpnia 1894 roku, kiedy ludność tego osiedla – a także przylegających do niego Kreiskolonii i Czarnego Lasu, wszczęła rozruchy, które osławiły okolicę na całą Rzeszę Niemiecką. Do zajść doszło po tym, jak w wireckiej restauracji Izydora Lachmanna zorganizowano zebranie katolickich robotników.  Gdy jednak okazało  się, że prelegentem ma być jeden z miejscowych socjalistów, Prukop, władze cofnęły wydaną wcześniej zgodę. Rozeźleni robotnicy (których początkowo było niewielu, lecz na wieść o perturbacjach ich liczba wzrosła do około tysiąca), udali się wraz z niedoszłym mówcą  do pobliskiego kamieniołomu, gdzie zamierzano kontynuować wiec. Przybyli na miejsce żandarmi zażądali od tłumu rozejścia się, argumentując, że zgromadzenie jest nielegalne. Była to przysłowiowa iskra rzucona na beczkę prochu. Dalszy przebieg zdarzeń przypominał klasyczną tragifarsę. Niestety, nie obyło się bez rozlewu „robotniczej” krwi.

reden
Ulica Bytomska – widok na centrum Redendorfu

Między policjantami a robotnikami doszło do kłótni i przepychanek. Zaskakująco dobrze poinformowany reporter „Nowin Raciborskich” relacjonował: Robotnik Ploch grał na skrzypcach, a tłum krzyczał. Żandarm zakazał grać i schwycił go wreszcie za rękę. Na to miał Ploch rzucić się na ziemię, a tłum zawołał: „Żandarm zabił kogoś; będziemy świadczyć; żandarmowi nie wolno bić nikogo.”  W międzyczasie aresztowano dwie osoby, co dodatkowo zaogniło sytuację. W stronę stróżów prawa poleciały więc kamienie, a manifestanci uwolnili z ich rąk aresztowanych. Żandarmi raz jeszcze zażądali od ludzi rozejścia się, a wobec braku reakcji, otwarli ogień.  Trudno dociec, co nimi kierowało, w każdym razie była to decyzja najgorsza z możliwych, dająca manifestantom do ręki potężny argument, odtąd bowiem walczyli już nie tylko o prawo do organizowania wiecu, lecz wymierzali sprawiedliwość, próbując pomścić ofiary (zginęła na szczęście tylko jedna z obecnych kobiet, mieszkanka Bielszowic, robotnica Etzlerowa).

Wkrótce role uległy zamianie – ścigający stali się ściganymi. Rozjuszony tłum zupełnie wymknął się spod kontroli. Raz jeszcze oddajmy głos wysłannikowi „Nowin Raciborskich”: Kamienie padały jeszcze gęściej, niż początkowo, i urzędnicy uciekli do restauracji, gdzie zatarasowali drzwi za sobą. Robotnicy rzucili się na dom, uszkodzili go, kilku do­tarło na podwórze, skąd wypędzili ich żandarmi pałaszami. Była to więc regularna bitwa, której wynik, patrząc z perspektywy nieudolnych stróżów prawa, był co najmniej niepewny. Żandarmi uzyskali jednak niebawem nieocenione wsparcie. Mniej więcej po upływie godziny przybyli urzędnikom na pomoc dwaj żandarmi piesi i jeden konny, natarli na tłum pałaszami i strzelali do niego. Z czasem rozpędzono robotników i oddział wojska, powołany z Bytomia nie znalazł już nic do roboty. Tak oto dobiegło końca starcie, o którym miały po latach krążyć legendy. O przebiegu „bitwy o Pniaki” informowały wszystkie niemal górnośląskie gazety, a wieści o zajściach dotarły ponoć nawet do samego Berlina.

D_MYRCmXUAARI66
Kościół pw. Ducha Świętego, widok z okresu międzywojennego

Po kilku miesiącach odbył się proces, w którym na ławie oskarżonych zasiadło 57 osób – w większości mieszkańców Bielszowic, Pniaków, Wirku, Czarnego Lasu i Nowej Wsi. Za zaburzanie spokoju na kary od 1 miesiąca do 2 lat więzienia skazano łącznie 26 osób – w tym dwoje mieszkańców Bielszowic i trzech robotników z Pniaków. Na utrzymanie rodzin więźniów zbierano wśród mieszkańców datki.

Wspomniany w tekście Rudolf Prukop (rębacz z kopalni „Królowa Luiza”, której sporą część załogi stanowili mieszkańcy Bielszowic) był jednym z inicjatorów powstania pierwszego na Górnym Śląsku związku zawodowego górników. W maju 1894 roku (czyli na kilka miesięcy przed zajściami w Pniakach) uczestniczył w międzynarodowym kongresie górniczym w Berlinie. Prukop stawił się w stolicy Cesarstwa wraz z innym pracownikiem wspomnianej kopalni, Franciszkiem Krawczykiem,  jako  mąż zaufania załogi. Prezydent rejencji opolskiej relacjonował: Obydwaj […] wyjechali jako delegaci na kongres górniczy, mimo że odmówiono im udzielenia urlopu, otrzymali wypowiedzenie pracy […] Opierając się na znanym żądaniu ośmiogodzinnego dnia pracy, przy pomocy różnego rodzaju obietnic poprawy położenia ekonomicznego robotników, obrabiali systematycznie załogę kopalni państwowej „Köninin Louise” i nakłaniali do wstępowania do założonej przez nich komórki bochumskiego, socjaldemokratycznego Związku Górników. […] W ciągu 2 miesięcy przystąpiło do tej organizacji prawie 3000 płacących członków. Bezpośrednim skutkiem działalności Prokupa było zawiązanie się w Zabrzu w czerwcu 1894 roku oddziału Związku Górników – pierwszej tego typu organizacji na Górnym Śląsku. Po wydarzeniach w Pniakach został on przez władze zdelegalizowany, mimo to agitacja socjaldemokratyczna na obszarze powiatów zabrskiego i bytomskiego trwała nadal.

NomcPd1aI438QElnbX
Centrum Czarnego Lasu współcześnie

Pniaki tymczasem nadal pozostawały obszarem „podwyższonego ryzyka”. W okresie II Rzeczypospolitej (przypadającym na Górnym Śląsku na lata 1922-1939) liczba mieszkańców osiedla wzrosła do ponad dwóch tysięcy, a na początku lat 30. odnotowano ponowny wzrost bezrobocia. Na terenie dawnej huty i kopalni zakładano liczne biedaszyby, a część ludności trudniła się przemytem, szmuglując towar z pobliskich Niemiec.   Mimo że w Pniakach stosunkowo dobrze rozwijało się życie kulturalne i sportowe (działały m. in. chór oraz kluby piłkarskie, palantowe, szachowe i rowerowe), na ulicach było niebezpiecznie i dochodziło do częstych kradzieży, a nawet morderstw. Innym niepokojącym zjawiskiem był zanik religijności – bardzo niewielu mieszkańców osady praktykowało, dlatego władze duchowne postanowiły temu zaradzić,  zakładając w Pniakach nową stację duszpasterską, której teren został wydzielony z obszaru parafii bielszowickiej. Taka była geneza najbardziej „kolorowej” świątyni Rudy Śląskiej – kościoła pw. Ducha Świętego, konsekrowanego w 1938 roku na terenie należącym ongiś do „Deutsche Hütte”.  Opowiemy o nim szczegółowo przy innej okazji.

Z wizytą na farskim

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała nasza miejscowość sto, dwieście lub czterysta lat temu? Czy mieszkańcy Bielszowic z początku XIX wieku, przeniesieni we współczesność niczym bohaterowie „Powrotu do przyszłości”, byliby w stanie bez pomocy przewodnika dotrzeć w miejsce, w którym kiedyś mieszkali albo pracowali? Wątpliwe, bowiem Bielszowice cały czas się zmieniają. Co roku znika kilka charakterystycznych obiektów, a w ich miejscu powstają nowe domy i osiedla. Oto kilka przykładów. Jeszcze na początku tego wieku przy ulicy Kokota istniał budynek „Caritasu” (przedwojenny Zakład św. Józefa). Dziś pamiętają go już tylko starsi mieszkańcy, za to większość z nas doskonale wie, gdzie znajduje się osiedle przy ulicy Wiosennej, powstałe po wyburzeniu gmachu. Zapewne często też robicie zakupy w marketach, których nazwy rozpoczynają się na litery „B” i „L”. Czy wiecie, że kilkanaście lat temu w ich miejscu istniały odpowiednio: tor wyścigowy modeli szybkich oraz niezwykłej urody budynek pierwszego bielszowickiego przedszkola? Skoro zaś mowa o przedszkolu, obecne (noszące numer 30) stoi tam, gdzie jeszcze w latach 80. wznosił się okazały gmach Naczelnej Organizacji Technicznej (popularny NOT). Tego typu przykładów można przytoczyć dziesiątki.

A co by się stało, gdyby to nas przeniesiono wehikułem czasu paręset lat wstecz? Jakie wrażenie wywarłyby na nas np. osiemnastowieczne Bielszowice? Być może rozpoznalibyśmy dawną ulicę Kościelną – bo już wtedy istniała, kapliczkę szwedzką i rzeźbę św. Jana Nepomucena. Czy jednak odnaleźlibyśmy się na farskim? Jeśli nie słyszeliście o tym miejscu, spieszymy z wyjaśnieniem: tak przed laty określano gospodarstwo należące do naszej parafii. Było największe  w Bielszowicach, rozleglejsze nawet od roli dziedzica.

mapa farskie
Mapa z początku XX w. przedstawiająca centrum Bielszowic. Strzałkami oznaczono pola należące do proboszczowskiego gospodarstwa.

         To kolejny już artykuł poświęcony miejscu, którego od dawna nie ma. Czytaliście nasze wpisy o dworcu kolejowym, kuźnicy żelaza i  niemieckiej cynkowni?  Po nich również  nie pozostał żaden ślad, choć „Deutsche Zinkhütte” miała przynajmniej to szczęście, że upamiętnia ją ulica Cynkowa. Na współczesnych planach miasta próżno jednak szukać ulicy Farskiej. Tymczasem było to miejsce szczególne. Przed wiekami proboszczowskie gospodarstwo tętniło życiem, będąc świadkiem zmagań naszych przodków o podstawy bytowania. Opowieść o nim zmusza nas do refleksji nad początkami Bielszowic. Tak, nie wstydźmy się przyznać: przez pierwsze wieki istnienia nasza miejscowość była niewielką, biedną wsią.

farskie riedrl
Ks. Wojciech Riedel w towarzystwie parobków na farskim, około 1943 r.

         Sięgnijmy najpierw do genezy, wyjaśnijmy, czym było i od kiedy istniało wspomniane gospodarstwo. Powstało zapewne jeszcze w średniowieczu, być może na przełomie XIV i XV stulecia, kiedy to założono w Bielszowicach parafię i wzniesiono pierwszy kościół. Musimy w tym miejscu zaznaczyć, że o jego najdawniejszych dziejach wiemy bardzo niewiele. Ks. Józef Knosała w swoim stylu puszcza wodze fantazji, pisząc bez podania źródła:  Jest jednak faktem, że świątynia [bielszowicka] należy do starych i najstarszych kościołów na Śląsku. Jak wszystkie najstarsze kościoły Górnego Śląska tak i kościół bielszowicki (albo raczej probostwo tamtejsze) jest obdarzony i wyposażony rolą beneficjalną zwykłego rozmiaru, miał swoje dochody i prawa jak inne stare kościoły. Wszystko to można tylko wytłumaczyć, gdy się przypuszcza, że kościół bielszowicki powstał wtedy, gdy powstały najstarsze kościoły i parafje Górnego Śląska. Jako że nie znamy fundatorów pierwszej bielszowickiej świątyni, nie sposób wyjaśnić okoliczności nadania tutejszej roli beneficjalnej. Beneficjum, o którym wspomina ks. Knosała,  oznaczało w średniowieczu urząd wraz z prawem do czerpania dochodów ze związanego z nim majątku. Tak więc proboszcz, czyli kościelny urzędnik, miał prawo do czerpania zysków z parafialnego mienia, którego lwią część stanowiły pola, łąki, lasy, rzeki i stawy. W Bielszowicach dobra parafialne składały się z pół uprawnych i łąk – w tym tzw. blychu, czyli nadrzecznej łąki wykorzystywanej przez okolicznych gospodarzy do bielenia płótna. Bielszowicki las należał z kolei do dziedzica, choć pleban otrzymywał z niego rocznie 12 sągów (czyli 48 m3) drewna opałowego oraz (już w XIX wieku) 72 tony węgla.

fsrskie1
Gospodarstwo proboszczowskie w latach II wojny światowej

         W średniowiecznej Polsce parafie były powiązane z własnością ziemską: właściciel, zazwyczaj świecki (czyli dziedzic), utrzymywał patronat nad kościołami, co dawało mu prawo przedstawiania kandydata na plebanię (od XII w. proboszcza określano terminem „pleban”, z łac. plebanus). Wierni w parafiach byli zobowiązani do ponoszenia różnych świadczeń (dziesięcina, świętopietrze, meszne). Pierwszym historycznym dziedzicem Bielszowic był Maciej Bielczowski, pojawiający się w źródłach w połowie XV wieku. Z kolei pierwsza wzmianka o samych Bielszowicach pochodzi z roku 1451. Niewykluczone więc, że ów Maciej, pełniący opiekę nad parafią,  nominował pierwszego bielszowickiego proboszcza i wyznaczył zasięg terytorialny proboszczowskiej roli. Mogło to jednak nastąpić wcześniej bądź nieco później (pierwsze potwierdzone przekazy na temat parafii pochodzą bowiem dopiero z końca XVI wieku; kiedy powstała jest kwestią sporną – być może założono ją już  w XIV wieku, ale równie dobrze mogła powstać dopiero na przełomie XV i XVI wieku).

z19708612V,Kobiety-pracujace-w-polu--Okolo-1916-1917-
Stara fotografia przedstawiająca kobiety podczas pracy w polu

                Więcej danych na temat bielszowickiej roli proboszczowskiej dostarczają źródła z XVII wieku. Przytaczamy fragment kościelnego sprawozdania z roku 1665: Kościół drewniany pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Rocznica konsekracji obchodzona jest po uroczystości św. Bartłomieja Apostoła. Do parafii przynależą pola złożone z trzech części długości pięciu stadiów; jedno 16 bruzd szerokie, drugie znajdujące się między polami rolnymi mieszkańców, trzecie zaś długości pięciu stadiów […], które zwie się Niwa. Proboszcz ma jedną łąkę i sad przy plebanii. Pobiera również dziesięcinę oraz czerpie zyski z łąki leżącej naprzeciw gospody, lecz oprócz pszenicy i owsa. Całego zasiewu zatem nie posiada.  Dziesięcina, z której zyski idą na meliorację, przez dziedziców Jerzego Rajskiego i Jerzego Bielczowskiego jest pobierana i darowana kościołowi. Również dodatkowo od całej wsi, z pół dwudziestu, od każdego kmiecia dawane są po dwie miary pszenicy i owsa. Świętopietrze pobierane jest od każdego mieszkańca. Jerzy Rajski zapisuje kościołowi i jego rektorowi 200 swoich florenów i 40 florenów polskich, które założył Wiktoryn Będowski, z których wpływa 12 florenów polskich do rąk proboszcza […]oraz jeden floren i 6 groszy dla rektora szkoły. […] Każdy kmieć w ciągu roku na dostarcza rzecz kościoła jeden wóz drewna. Proboszcz ma zatem prawo do wycinania drzew w bielszowickim lesie.  […] Proboszcz ma też jedną krowę, należącą do gospodarstwa kościelnego. Spytacie zapewne, o co chodzi z tymi stadiami? To dawna miara długości, której genezy należy się doszukiwać już w starożytnej Grecji. Długość jednego stadionu wahała się w przedziale od 165 do 192 metrów. Możemy więc przyjąć, że trzy części proboszczowskiego pola miały około kilometra długości. Co do szerokości podanej w bruzdach, zdani jesteśmy na mniej precyzyjne wyliczenia. Nie popełnimy chyba jednak dużego błędu stwierdzając, iż wynosiła ona kilkadziesiąt metrów (zachowane mapy z początku XX w. potwierdzają, że pole należące do probostwa w centrum Bielszowic miało w przybliżeniu 40 metrów szerokości).

buszek solo2
Proboszcz Franciszek Buschmann – jeden z ostatnich bielszowickich rolników w sutannie

         Nieco informacji na temat farskiego gospodarstwa zawiera też protokół z roku 1720. Co ciekawe, w dokumencie stwierdza się, że nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach pole powstało. Cytujemy najciekawszy fragment:  Dochody tutejszej parafii są skromne. Ma tutejszy proboszcz 10 metryt zwanych też ćwiertniami, tj. 40 wiertli pszenicy, dużo owsa miar bytomskich. Pobiera podatek w wysokości 4 florenów polskich […].  Proboszcz ma ziemię w trzech miejscach, lecz nieurodzajnych. Pierwsze pole jest na obszarze parafii, liczy 2 stadia; drugie ma 3 stadia; trzecie wielkości kilku stadiów w znacznej odległości od wioski, które nie jest uprawiane przez proboszcza. Również pobiera proboszcz dziesięcinę z pól, ale tylko wtedy, gdy zasiano żyto lub owies, jeśli zaś zasiano inne ziarno, nie pobiera opłat. Posiada też łąki, z których uzyskuje tylko 3 wozy siana. Prawdę powiedziawszy więcej siana daje proboszczowi łąka Bąkowiec, która należy do parafii, lecz dziedzic prawem uzurpatora tamto pole do prania przeznaczył i nawet proboszcz żadnych dokumentów na to pole przedstawić nie może i żadnego zapisu na nie nie ma. Brak dokumentów można wytłumaczyć tym, że od XV do XVII w. nasza miejscowość przeżyła kilka  najazdów obcych wojsk (najpierw husyckich, potem szwedzkich) oraz gwałtowny okres reformacji. Jest bardzo prawdopodobne, iż zniszczeniu uległo wtedy probostwo, a wraz z nim  parafialne archiwum.

         Możemy też pokusić się o wykonanie przybliżonej „mapy” farskiego. Jego początek wyznaczał teren probostwa, następnie biegło ono wzdłuż dzisiejszej ulicy Halembskiej na południe, a jego kraniec znajdował się w okolicach wiaduktu pod autostradą A4. Środkiem płynęła Bielcza, tam też zapewne znajdował się blych.  Z kolei dwa pozostałe działy farskiego biegły od centrum Bielszowic w stronę Wirku (dawniej zwanego Nową Wsią) i Czarnego Lasu wzdłuż ulicy Kokota.  Ponadto niewielkie pole w rejonie Kątów należało do organisty.

         Kolejny zachowany protokół z 1756 roku podaje, że do probostwa przylegał ogród z drzewami owocowymi. Za domkiem dla proboszczowskiej służby wybudowano na krótko przed rokiem 1756 stajnię, obok której znajdowały się dwie stare obory i jedna będąca wówczas w budowie. Skromny inwentarz składał się z tak zwanej „żelaznej krowy”, trzech innych oraz byka. Nieco zaskakującą jest informacja, że proboszcz nie posiadał własnego pługa. Protokół nie  wymienia też konia, co jedynie dowodzi, że nasza parafia nie zaliczała się do zamożnych (w dokumentach z XVII-XIX w. jest często określana mianem najbiedniejszej w dekanacie bytomskim). Proboszcz w charakterze mesznego otrzymywał corocznie po 40 wiertli owsa i jęczmienia, z czego dwór dawał 30, siodłacy 8, rzeźbiarz Michał Marek oraz niejaki Grzegorz Czap po 2 wiertle. Z innych opłat wspomnieć należy dziesięcinę płaconą proboszczowi przez dwór z terenów „za karczmą” w formie snopów, lecz tylko wtedy, gdy na tym polu zasiewano owies bądź jęczmień. W tym miejscu musimy wyjaśnić kilka terminów. „Żelazna krowa” nie była bynajmniej zakuta w zbroję, tylko wypożyczana okolicznym chłopom za niewielką opłatą, stanowiąc dla naszych proboszczów dodatkowe źródło dochodu. Wiertel to z kolei dawna jednostka objętości ciał sypkich, równa około 13 litrom, zaś meszne było podatkiem płaconym na rzecz parafii w zamian za msze odprawione w kościele.  Dziesięcina wreszcie to obowiązkowe świadczenie pieniężne lub rzeczowe w postaci dziesiątej części dochodu na rzecz Kościoła, jedno z głównych źródeł utrzymania duchowieństwa. Mianem siodłaków określało się stosunkowo zamożnych właścicieli gospodarstw  o powierzchni 1 łana, czyli 17 hektarów. W latach 1749-1783 w Bielszowicach doliczono się tylko pięciu siodłaków, resztę stanowili zagrodnicy (32 rodziny), chałupnicy (7 rodzin) i hutnicy (7 rodzin).

         Należy w tym miejscu dodać, że farskie gospodarstwo  przeżywało swe wzloty i upadki. Nie wszyscy plebani odnajdywali się w pracy na roli, a niektórzy wręcz zaniedbywali swe obowiązki. Często była to swego rodzaju sinusoida: po dobrym gospodarzu następowały „chude lata”. Przykładowo: jeden z najbardziej zasłużonych proboszczów bielszowickich XVIII wieku ks. Tomasz Mokrski, doprowadził farskie do świetności, jednak jego następcom brakowało zapału. Dopiero ks. Franciszkowi Kulankowi (był proboszczem w latach 1791-1818; poświęcimy mu osobny artykuł) udało się przywrócić gospodarce dawny blask. Pod koniec XIX wieku rola była znowu zaniedbana, ale w latach 1911-1929 ks. Franciszek Buschmann uczynił z niej najwspanialsze gospodarstwo w całej okolicy. „Rolnik w sutannie” przeprowadził też meliorację tutejszych pól, wybudował nowe stajnie i zagrody, założył sad owocowy i ogród warzywny. Ks. Franciszek, słynący z wielkiej miłości do zwierząt, był  znanym w okolicy hodowcą koni (o fachowe porady przy ich doborze zwracali się do niego nie tylko miejscowi rolnicy, ale też dyrekcja kopalni), a także krów, świń i drobiu.  Od 1912 r. jednym z najważniejszych świąt parafialnych stały się dożynki, które obchodzono z wielką pompą.

Dzieło ks. Buschmanna kontynuował ks. Józef Niedziela, zaś w trakcie II wojny światowej z wielkim oddaniem dbał o farskie tymczasowy administrator parafii ks. Wojciech Riedel. O utrzymanie gospodarstwa troszczyli się proboszczowscy fornale, a także czeladnicy, służba, a nawet siostry boromeuszki. Zdarzało się, że pracowali też sami proboszczowie. Księża Buschmann i Riedel spędzali za farskim każdą wolną chwilę, zachęcali też do tego swych wikariuszy (ks. Buschmann prowadził też gospodarstwo w swej kolejnej parafii w Gościęcinie). Z kolei ks. Niedziela, choć pozornie nie pasował do schematu „rolnika w sutannie”, założył niewielkie poletko szparagowe i sam się o nie troszczył, a dla młodzieży stworzył liczące 480 m2 poletko przysposobienia rolniczego.

szkoła górnicza
Budynek dawnej szkoły górniczej, który wzniesiono na obszarze należącym przed wojną do farskiego gospodarstwa

         Był to już jednak zmierzch świetności proboszczowskiej roli. W 1945 r. władzę w Polsce przejęli komuniści, którzy doprowadzili do przejęcia majątków należących do Kościoła. Upaństwowienie gruntów (w myśl ustawy z 20 marca 1950 r., dzięki której przejęto w Polsce aż 100 tysięcy hektarów kościelnej ziemi) położyło kres gospodarstwu, które przez kilka stuleci stanowiło wzór dla mieszkańców Bielszowic i główne źródło utrzymania miejscowego duchowieństwa. Dziś większość farskiego jest zabudowana bądź stanowi nieużytki (chodzi m.in. o dawny budynek szkoły górniczej, zabudowania należące do kopalni mieszczące się przy ulicy Halembskiej i teren za cmentarzem ciągnący się aż po granicę z Halembą).

z końmi gościęcin
Ks. Franciszek Buschmann (pierwszy z lewej) w towarzystwie parobków na terenie gospodarstwa w Gościęcinie

Na początku była kuźnica

Bielszowice kojarzone są zazwyczaj z przemysłem wydobywczym. Eksploatacja złóż węgla kamiennego rozpoczęła się na tutejszym terenie stosunkowo późno, bo w końcu XVIII wieku. O wiele wcześniej pojawiły się natomiast inne zakłady produkcyjne i przemysłowe: młyny, gorzelnia, cegielnie oraz kuźnica żelaza. Kuźnica (zwana też hamernią lub młotownią) była to manufaktura służąca do przetwarzania i uzdatniania wytopionych rud metali. Korzystano w niej z młota poruszanego kołem wodnym. W hamerniach nadawano pożądany kształt półproduktom i gotowym wyrobom metalowym, najczęściej żelaznym, ale także miedzianym bądź mosiężnym. W języku potocznym kuźnice nazywano też dawniej hutkami, a ich pracowników, kuźników, hutnikami. Przez blisko dwieście lat bielszowicka kuźnica była największym zakładem produkcyjnym miejscowości. Jakie były jej losy?

hammer teich1
Mapa z początku XIX wieku z naniesionym obszarem kuźnicy i stawem (Hammer Teich)

           Aby opowiedzieć o genezie powstania bielszowickiej kuźnicy, musimy cofnąć się w czasie do połowy XV wieku. Żona pierwszego potwierdzonego w źródłach dziedzica Bielszowic Macieja Bielczowskiego, Barbara, wywodziła się z rodu Rudzkich, który znany był z działalności przemysłowej.  Rudzcy posiadali m. in. kuźnicę w sąsiedniej Halembie, a także w Rudzie. Skoligacenie obu rodów wpłynęło zapewne na rozpoczęcie wytopu żelaza w Bielszowicach. Z kolei wzmianka z 1554 r. informuje, że margrabia brandenburski i pan ziemi bytomskiej zgłosił projekt budowy pięciu szybów mających służyć do wydobywania rudy ołowiu w Bielszowicach. Choć eksperyment zakończył się niepowodzeniem (na naszym terenie nie odkryto złóż ołowiu), zdynamizowało to proces wydobycia rudy żelaza. Tutejsza kuźnica powstała najprawdopodobniej w połowie XVII wieku.  O jej istnieniu dowiadujemy się z notatek zawartych w księgach metrykalnych parafii kochłowickiej, której duszpasterze opiekowali się przez pewien czas wiernymi z Bielszowic. W zapiskach z lat 1662 – 1670 pojawiają się wzmianki o bielszowickiej „Hutce” i o kuźniku (hutniku). Huta znajdowała się w zachodniej części osady na pograniczu z Kończycami.  Wydobytą rudę żelaza eksploatowano na miejscu. Wokół kuźnicy znajdowało się kilka niewielkich stawów zasilanych przez Potok Bielszowicki  (na starych mapach z XVIII i XIX wieku największy z nich  określany jest jako Hammer Teich, czyli staw kuźniczy). Naprzeciw kuźnicy powstał folwark  o nazwie Suwacz (Zuwacz, von Zuwacz). Niewykluczone, że był on siedzibą właściciela. W 1871 roku stał tam jeden dom zamieszkany przez 12 osób. Dziś na terenie dawnego folwarku wznosi się osiedle Fińskich Domków.

szkic wielkiego młota1
Szkic młota dymarki

           Powróćmy tymczasem do historii naszej kuźnicy. Warto wspomnieć, że do początku XIX wieku utrzymał się obyczaj uiszczania przez bielszowickich hutników na rzecz kościoła tzw. kolendy w postaci półcetnarowych sztab żelaza.  W latach 1749 i 1782 w Bielszowicach doliczono się siedmiu hutników posiadających pole. Wokół zakładu powstało niewielkie osiedle zwane „Przy kuźnicach”. Jeszcze w 1871 roku, czyli kilkadziesiąt lat po zamknięciu huty,  znajdowały się tam trzy domy, w których mieszkały 23 osoby.

        W 1716 roku na terenie kuźnicy uruchomiono  pierwszą dymarkę z młotem żelaznym, która dostarczała rocznie średnio 240 cetnarów kutego żelaza. Zakład był czynny tylko przez sześć miesięcy w roku. W 1756 roku dotychczasowy właściciel kuźnicy, von Holly, odsprzedał ją bielszowickiemu dziedzicowi baronowi Karolowi Jarosławowi von Voglarowi, a ten 12 lat później sprzedał manufakturę hrabiemu Karolowi von Rederowi. W 1772 roku kuźnicę (jak i całe Bielszowice) wykupił baron Maciej Wilczek. Kolejnymi właścicielami zakładu byli Emanuel von Tluck (od roku 1794) oraz Ditlef Schlippenbach (od 1796 roku). W 1783 roku unowocześniono produkcję uruchomiając świeżarkę, w której oczyszczano surówkę wdmuchiwanym powietrzem, otrzymując produkt w postaci miękkiej, zgrzewnej stali. Pod koniec XVIII stulecia zaczęła jednak spadać wydajność zakładu, czego przyczyną było wysychanie wody w kuźniczym stawie. I tak w roku 1779 kuźnica zdołała wyprodukować już tylko 450 cetnarów sztab stali, po uruchomieniu świeżarki liczba ta wzrosła wprawdzie do 800 cetnarów w roku 1796, jednak w latach 1805/1806 produkcja ponownie spadła do 600 cetnarów. W tym czasie w kuźnicy pracowało już tylko czterech hutników. Zakład był czynny do 1830 r., zaś eksploatacja rudy żelaza zakończyła się w Bielszowicach ostatecznie w roku 1845. Przemysł hutniczy jednak nie obumarł, bowiem  niemal przez cały wiek XIX z powodzeniem działała w Bielszowicach (w rejonie osiedla Pniaki) huta cynku. O jej historii opowiemy w jednej z kolejnych relacji.

DSC_0622
Obszar dawnej kuźnicy współcześnie

           Dziś po dawnej kuźnicy oraz przyległym do niej osiedlu nie pozostał żaden ślad. Jedyną pamiątką po działalności bielszowickich hutników są mokradła rozciągające się wzdłuż ulicy Kokota na pograniczu z Kończycami, będące pozostałością po dawnym stawie kuźniczym.