Burzliwe czasy reformacji

Początek XVI wieku przyniósł w Kościele Zachodnim wielki spór zakończony rozłamem. Reformacja w wydaniu luterańskim dość szybko zaczęła się rozprzestrzeniać na Śląsku, głównie wśród niemieckiego mieszczaństwa. Jej powodzenie było efektem kryzysu ówczesnego Kościoła, spontaniczną reakcją na jego upadek. 

Nowe prądy natrafiły na Śląsku na podatny grunt, który przygotował ruch husycki. Zmianom sprzyjały utyskiwania na stale rozwijający się kościelny fiskalizm oraz gorszący tryb życia części niewykształconego górnośląskiego kleru. Duże znaczenie miała postawa władz świeckich, zwłaszcza Jerzego Hohenzollerna (władcy księstw opolskiego, raciborskiego i bytomskiego), który pozwalał na szerzenie nauki Lutra w dekanacie bytomskim przez duchownych wypędzonych z Polski wskutek edyktów Zygmunta Starego. Tym niemniej reformacja wkroczyła na dobre na teren ziemi bytomskiej dopiero w II połowie XVI wieku – głównie na skutek poparcia miejscowej szlachty.       W 1566 roku przekazano w ręce protestantów kościół parafialny w Bytomiu.

128756_imagno
Marcin Luter.

Religijny zamęt nie ominął również Bielszowic. Pod koniec XVI wieku na zmianę wyznania zdecydowali się ówcześni dziedzice wsi,  w rezultacie czego tutejszy kościół na kilkadziesiąt lat znalazł się pod zarządem duchownych luterańskich. Historycy nie są zgodni co do daty tego zdarzenia. W roku 1598 kościół bielszowicki był już od jakiegoś czasu w rękach protestantów. Zaświadcza o tym protokół wizytacji bielszowickiej parafii (inspekcję parafii dekanatu bytomskiego przeprowadzono w 1598 roku z polecenia ówczesnego biskupa krakowskiego, kardynała Jerzego Radziwiłła). W dokumencie czytamy: Kościół parafialny drewniany, pod patronatem dziedziców wsi Bielczowskiego i Rajskiego, wpół sprofanowany. Administrowany niezgodnie z liturgią katolicką przez byłego cystersa z klasztoru w Jędrzejowie, Jana. Na podstawie cytowanego tekstu można wysnuć przypuszczenie, iż zmiana obrządku nastąpiła krótko przed dokonaną inspekcją, najpewniej około roku 1590 (jej współinicjator, Jerzy Rajski, został dziedzicem majątku bielszowickiego w 1584 roku), nie zaś, jak to sugeruje część badaczy, już pod koniec trzeciej dekady XVI wieku.  Również zdaniem historyków niemieckich początek reformacji w Bielszowicach miał miejsce dopiero pod koniec XVI stulecia.

Calow_Abraham
Pastor luterański.

         Osobami odpowiedzialnymi za zmianę wyznania byli ówcześni włodarze osady – wspomniany Jerzy Rajski  oraz Jerzy Bielczowski. Kierowały nimi zapewne względy materialne. Po przywłaszczeniu majątku kościelnego, szlachcice sprowadzili do Bielszowic dawnego cystersa, Jana (w omawianym protokole wizytacyjnym duchowny określany jest jako Iohann apostata ab ordine Cistersiensi). Skorzystali z przysługującego im prawa patronatu (którego, jako innowiercy, powinni być pozbawieni; ta reguła nie zawsze była jednak przestrzegana).  Proces przejmowania kościołów przez protestantów przebiegał według określonego schematu. W miastach, jeśli dany proboszcz nie chciał przejść na luteranizm, na jego miejsce ustanawiano pastora, który obejmował duszpasterstwo przy danej świątyni. W parafiach wiejskich decydującą rolę odgrywali kolatorzy (patroni kościoła), którzy korzystając ze swych uprawnień  wprowadzali pastorów na urząd proboszczowski. Tak też było w Bielszowicach.

zbór
Zbór luterański w Sarnowie.

Zręcznym feudałom udało się więc wykorzystać panujący wówczas zamęt, zyskując całkowitą kontrolę nad rozległym beneficjum. Ponownie oddajmy głos autorowi cytowanego już protokołu: [Pastor Jan] udziela sakramentów w obrządku niekatolickim. Otrzymuje on stałe uposażenie od właścicieli wsi.  Należy przypuszczać, że duchowny pełnił w Bielszowicach funkcję usuwalnego administratora (amovibilem administratorem). W innym źródle, powstałym w trakcie omawianej wizytacji, opatrzonym tytułem Visitatio interna T. XVI, na karcie 192 czytamy: Wieś Bielczowice. Rektorem jest heretyk Jan, były cysters z opactwa w Mogile. Udziela sakramentów, lecz nie w obrządku katolickim, słucha spowiedzi powszechnej, przyjmuje penitentów do spowiedzi generalnej, komunii świętej udziela pod dwiema postaciami. Ma żonę i troje dzieci – dwoje chłopców i dziewczynkę.

drewniany kościół
Dawny bielszowicki kościół pw. Wszystkich Świętych powstał w 1613 r. i pełnił początkowo funkcję luterańskiego zboru. Przejęty przez katolików jeszcze w XVII wieku, wielokrotnie przebudowywany (m. in. w latach 1756, 1796-97 i ok. 1850), został rozebrany latem 1883 r.

Wiele wskazuje na to, że w początkowym okresie reformacji obrządki były jeszcze dalekie od reguł protestanckich. Byłego cystersa bardziej od obowiązków duszpasterskich zajmowały żona i dzieci; pod rokiem 1601 zanotowano np., że pastor wagaruje i kościół pozostaje nieobsadzony. Stwierdzono tak na zjeździe proboszczów i patronów parafii, zwołanym do Oświęcimia i Olkusza przez  biskupa krakowskiego Bernarda Maciejowskiego celem dokonania oceny stopnia realizacji zaleceń wizytacyjnych z 1598 roku (na spotkaniu zabrakło przedstawiciela Bielszowic). Wydany wówczas Dekret egzekucyjny do protokołu wizytacji biskupiej z 1598 roku (Decreta executiva visitationis) w odniesieniu do parafii bielszowickiej zawierał krótką notatkę następującej treści: Bielczowice. W tej wiosce kościół jest nieobsadzony, administrowany przez wędrownego kaznodzieję, którego nigdzie nie można znaleźć.

Kolejna wizytacja dekanatu bytomskiego, przeprowadzona w  1611 roku, prawdopodobnie nie objęła parafii bielszowickiej, gdyż nie wspomina się o niej w zachowanych protokołach. Stało się tak jednak nie z winy dziedziców wsi, ale na skutek opieszałości przeprowadzającego inspekcję ks. Piotra Skrodzińskiego, który, jak podaje ks. F. Maroń,  wizytował niedbale i omijał parafie opanowane przez innowierców. Być może jednak wizytatorzy nie dotarli do Bielszowic z innego powodu – w wiosce nie było bowiem wówczas czynnego kościoła (źródła podają, że pierwotna świątynia spłonęła w 1600 roku i  została odbudowana dopiero w roku 1613; do tego tematu powrócimy jeszcze w innym miejscu).

Władze duchowne, zaniepokojone panującym w parafii zamętem, zaczęły się starać o zmianę duszpasterza. Niebawem pieczę duchową nad Bielszowicami przejęli pastorzy z sąsiednich Kochłowic.  Wywodzący się kościoła Bożego Ciała na Kazimierzu, pastor Sebastian urzędując w Kochłowicach często dawał wyraz swej niechęci wobec katolicyzmu. Zniszczył między innymi tamtejsze chorągwie, obrazy oraz cyborium. Niewykluczone, że wpływ na to miał fakt, iż duchowny znajdował się na utrzymywaniu Jana Jerzego Hohenzollerna – pana na Świerklańcu, który w 1611 roku zmienił wyznanie z luterańskiego na – bardziej rygorystyczne i purytańskie –  kalwińskie. Z podobnym zaangażowaniem pastor działał w Bielszowicach. Wizytatorzy odnotowali w 1619 roku, że bielszowicka świątynia   marnie wygląda,  co mogło jednak mieć związek z jej skromnym wystrojem (jak wiadomo protestanckie zbory są budowlami pozbawionymi zbytku), nie zaś niedbałością duszpasterza. Ponadto kościółek dopiero co został odbudowany po pożarze; niewykluczone, że nadal trwały prace wykończeniowe.

Z wydarzeniami wojny trzydziestoletniej należy wiązać powstanie kapliczki (tzw. szwedzkiej), będącej obecnie najstarszym zabytkiem sakralnym miejscowości, a być może nawet najstarszym zachowanym obiektem historii materialnej Rudy Śląskiej (piszemy o niej szerzej w innym artykule). Badacze dziejów Bielszowic wysunęli kilka interesujących hipotez odnośnie przyczyn wzniesienia zabytku. J. Górecki uważa, że stanęła ona na miejscu pochówku żołnierzy szwedzkich. Interpretacja ta, choć musi budzić pewne zastrzeżenia, posiada wsparcie w języku potocznym mieszkańców Bielszowic, którzy zabytek określają właśnie mianem „kapliczki szwedzkiej”.  J.S. Dworak przypuszcza natomiast, że wznosząc budowlę, mieszkańcy Bielszowic zamanifestowali przywiązanie do wiary ojców. Interesujące i zarazem prawdopodobne rozwiązanie proponuje J. Knosała; jego zdaniem kapliczka powstała z konieczności. Ufundowali ją wyrugowani z kościoła i parafialnego cmentarza katolicy, którzy właśnie tam odprawiali nabożeństwa i grzebali zmarłych. Choć ten sam autor wspomina o przyjęciu luteranizmu przez prawie wszystkich mieszkańców Bielszowic, nie można wykluczyć, iż grupa wiernych wyszła z inicjatywą stworzenia nowego miejsca kultu, będącego dla nich namiastką świątyni. Obiekt cieszył się popularnością także po okresie reformacji – z zachowanych przekazów wynika, że mieszkańcy parafii do połowy XX wieku odmawiali przy kapliczce modlitwy za dusze  zmarłych. Warto w tym miejscu nadmienić, iż od lat niszczejący obiekt został ostatnio gruntownie odrestaurowany.

         Kapliczka szwedzka była w tym czasie jednym z kilku tego rodzaju miejsc kultu bielszowiczan. W Kronice Parafialnej znajduje streszczenie  protokołu wizytacyjnego parafii kochłowickiej z 1619 roku, w którym mowa jest o kaplicy pod wezwaniem Trójcy Świętej znajdującej się wprawdzie na terenie Kochłowic, ale przynależnej parafii bielszowickiej. Budowla powstała zapewne w latach 1589 –  1590, bowiem autorzy cytowanego sprawozdania stwierdzają, że liczy około 30 lat (Capella ibi est tituli sanctissimae Trinitatis infra Parochiam Bielczowice abannis circiter triginta, non consecreta, czyli: Tamtejsza kaplica znajduje się pod wezwaniem Trójcy Świętej, należy do parafii bielszowickiej, ma około  trzydzieści lat, nie była konsekrowana). Także ks. Knosała określa kapliczkę mianem filii bielszowickiej parafii, datując jej powstanie „na krótko przed 1595 rokiem”.   W innym miejscu Kronika wzmiankuje, że w 1600 roku bielszowicką świątynię strawił pożar wywołany uderzeniem pioruna, a nowa świątynia powstała dopiero w 1613 roku. Istnienie wspomnianej kapliczki było więc uzasadnione, a służyła ona wiernym z Bielszowic  jeszcze po zakończeniu reformacji (po usunięciu protestantów z Kochłowic kaplica była czasowo zamknięta; dopiero około roku 1648 biskup krakowski zezwolił na przekształcenie obiektu w kościół parafialny).

  Omawiana wizytacja z 1619 roku objęła także Bielszowice. Odbyła się w czasie, gdy tutejszy kościół wciąż znajdował się w ręku protestantów, a pieczę duchową nad bielszowiczanami sprawował wspomniany już pastor Sebastian. W protokole wizytacyjnym stwierdzono:    Bielszowice. Kościół parafialny drewniany, prawem spoza Królestwa [Polski] na Śląsku przyjętym zarządzany, gdzie szlachta zyskała prawo zmiany duchownych podług własnych upodobań. Szlachcice nie pozwolili wizytatorowi odwiedzić kościoła. Duchownym jest tam apostata Sebastian, były zakonnik z klasztoru Bożego Ciała na Kazimierzu.

Postępy kontrreformacji powstrzymała na pewien czas wojna trzydziestoletnia (1618 – 1648). W rezultacie powrót katolicyzmu do Bielszowic nastąpił z opóźnieniem. Pod koniec lat 20. XVII w. sytuację skomplikowała obecność w Kochłowicach wojsk protestanckich pod wodzą Ernesta Mansfelda.  Luteranizm uzyskał w ten sposób, na krótko, wsparcie militarne (należy wspomnieć, że w lutym 1627 roku władze Bytomia wydały miasto w ręce zdemoralizowanych oddziałów nieżyjącego już wówczas kondotiera w służbie króla Danii Chrystiana IV).

Ostatnim duchownym luterańskim opiekującym się parafią bielszowicką z Kochłowic był predykant (czyli protestancki kaznodzieja) Adam Maternius. Autor Kroniki Miasta Bytomia, Franz Gramer podaje, że duchowny został osadzony na stanowisku przez Szwedów z armii Mansfelda. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie to nastąpiło (w grę wchodzą lata 1626 – 27, kiedy to oddziały kondotiera najechały i spustoszyły ziemię pszczyńską i bytomską). Wydaje się też mało prawdopodobne, aby Maternius przebywał w Kochłowicach długo, bowiem 13 września 1628 roku wydano edykt nakazujący predykantom opuszczenie ziemi bytomskiej.

Przełomowy okazał się rok 1629, kiedy to wojska protestanckie podpisały w Lubece pokój z cesarzem. W tym samym jeszcze roku cesarz Ferdynand II wydał rozkaz zamknięcia wszystkich świątyń protestanckich na Górnym Śląsku.  Już dwa lata wcześniej, w czerwcu 1627 roku,  imperator polecił prezydentowi komory śląskiej burgrabiemu Karlowi Hannibalowi von Dohnie podjęcie działań celem odzyskania zagrabianych przez protestantów dóbr kościelnych.   8 sierpnia 1627 roku Dohna wydał we Wrocławiu nakaz objęcia przez duchownych katolickich zarządu nad kilkunastoma parafiami dekanatów bytomskiego i pszczyńskiego, w tym – parafii bielszowickiej. Podobnej treści rozporządzenie wystosował też biskup krakowski Marcin Szyszkowski.

Dopiero jednak w 1648 roku do Kochłowic przybył pierwszy poreformacyjny proboszcz (reaktywowana parafia zachowała dawne wezwanie Świętej Trójcy i objęła poza Kochłowicami Radoszowy, Bykowinę, Kłodnicę, Halembę, Wirek, Nową Wieś oraz obszary dworskie Halembę i Niedźwiedziniec). Wiemy, że w kolejnych latach w kochłowickich metrykach odnotowano także przypadki chrztów dzieci z Bielszowic. Wspomniane księgi założono w roku 1661, a w rejestrze z lat 1663 – 1673 znajduje się aż 19 takich przypadków (w późniejszych latach proces ten ustaje). Potwierdza to, że w Bielszowicach nie było jeszcze wówczas proboszcza, a opiekę duszpasterską nad parafią przerzucono na duchownych  z ościennych parafii.

mansfeld
Ernst von Mansfeld (ok. 1580-1626). Dowodzone przez niego wojska w latach 20. XVII w. plądrowały ziemię bytomską. Wiele wskazuje na to, że przebywały też w Bielszowicach.

Po opuszczeniu okolic Bielszowic przez wojska Mansfelda, a następnie Szwedów, luteranizm utracił wpływy. Koniec wojny trzydziestoletniej stworzył więc katolicyzmowi okazję do odzyskania utraconych pozycji. Jest to proces całkowicie zrozumiały, gdyż luteranizm bywał w tym czasie postrzegany jako religia niemiecka, a Bielszowice zamieszkiwała w większości ludność polska. Należy też pamiętać, że chłopstwo uważało protestantyzm za mało atrakcyjny, gdyż w jego obrzędowości „aspekt wizualny” znajdował się niejako na drugim planie. Na tym polu katolicyzm wyraźnie zyskiwał, bowiem silniej wpływał na wyobraźnię, oferując wiele „niecodzienności”, takich jak „tajemniczość” liturgii czy bogaty wystrój świątyni. Ułatwiał przy tym utrzymanie dyscypliny wśród wiernych i jedności parafii poprzez organizowane (w Bielszowicach od końca XVII wieku) pielgrzymki i procesje.

297219_lnego_Sw._Trojcy_w_Warszawie_83
Luteranie podczas modlitwy.

         Powrót na łono Kościoła rzymskokatolickiego nie odbył się więc w Bielszowicach bez przeszkód. Tutejszy kościół znajdował się w nieładzie, przy protestantyzmie trwał ciągle dwór. Kolejna w przeciągu kilkudziesięciu lat zmiana napotkać musiała na opór wśród chłopów.          Jak już wspomniano, dopiero kochłowickie metryki chrztów za lata 1663 – 1673 wymieniają nazwiska ochrzczonych z Bielszowic, w częstotliwości 1 – 6 osób rocznie. Pewnym jest, że zanim w II połowie XVII wieku parafia uzyskała własnego proboszcza, władze duchowne kierowały do Bielszowic okolicznych duszpasterzy w funkcji tzw. komendariuszy. Pierwszym znanym duchownym pełniącym ten urząd był miechowicki proboszcz ks. Paweł Królik, wzmiankowany w 1665 roku. Wspomniani zastępcy zjawiali się jednak w Bielszowicach sporadycznie, co dodatkowo pogarszało sytuację i tak już bardzo zaniedbanej parafii.

         Wreszcie w roku 1675 funkcję bielszowickiego proboszcza objął ks. Błażej Jaguszowski – i ta właśnie data winna uchodzić za definitywny kres pełnego zamętu okresu reformacji w Bielszowicach.

 

 

Bielszowickie drogi do niepodległości

11 listopada 1918 roku podpisano rozejm kończący I wojnę światową.  Polska wracała na mapę Europy, jednak przyszłość Górnego Śląska miała się dopiero zdecydować. W kolejnych latach wybuchły tu trzy powstania, przeprowadzono też, zakończony porażką Polaków, plebiscyt. Mimo to znaczna część przemysłowego Śląska – w tym Bielszowice – znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej. Dziś prześledzimy   przebieg powstań śląskich w naszej miejscowości.

     W listopadzie 1918 roku w Niemczech wybuchła rewolucja, która szybko rozprzestrzeniła się po całym kraju. W wielu górnośląskich miejscowościach, w tym w  Gliwicach, Zabrzu, Bytomiu, Mysłowicach i Królewskiej Hucie zawiązały się rady delegatów robotniczych i żołnierskich. W Bielszowicach uformowała się zbrojna komórka Związku Spartakusa, której zadaniem było doprowadzenie do przewrotu rewolucyjnego.  11 listopada 1918 roku ukonstytuowała się też Rada Robotników i Żołnierzy (na czele organizacji stanął socjalista Galwas).  W tym samym czasie utworzono kolejne stowarzyszenia: Wydział Ludowy (Volks-Ausschuss) oraz Straż Robotniczą (Schutzwache von Arbeitern).

pieczęć gminy
Pieczęć bielszowickiej gminy z okresu I wojny światowej

         Na terenie kopalni zawiązał się Wydział Robotniczy. Za bezsporne osiągnięcia załogi należy uznać doprowadzenie do zwolnienia niektórych niemieckich urzędników oraz zgłoszenie szeregu postulatów socjalnych dotyczących m. in. skrócenia czasu pracy do 6 godzin. W Bielszowicach i okolicy było niespokojnie; mnożyły się akty wandalizmu, za które odpowiedzialna była m. in. tzw. „banda Hajoka”, mająca na koncie liczne rozboje, a także morderstwa. W lipcu 1919 roku coraz bardziej zuchwały bandyta zamordował miejscowego stróża prawa, Schielkego.             Wielkim sukcesem Polaków było przywrócenie w lutym 1919 roku nauki religii w języku ojczystym. Problemem był jednak brak wykwalifikowanej kadry nauczycielskiej; początkowo lekcje prowadziło zaledwie dwoje  nauczycieli – Kulok i Kremser. Niemcy utrzymywali jednak kontrolę nad miejscowością. Wiosną 1919 roku utworzono w Bielszowicach oddział Grenzschutzu, w kwietniu 1919 roku odnotowano obecność zabrzańskiej Volkswehry, a w maju – oddziału Reichswehry, który stacjonował w Szkole III (dzisiejsza SP 14).

sp 14
Budynek dawnej Schule III (obecnie Szkoła Podstawowa nr 14) – siedziba Reichswehry, a następnie policji parytetowej APO.

         Na miano czołowej organizacji szerzącej szeroko rozumiany patriotyzm zasługiwało Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Bielszowickie gniazdo powstało 26 lutego 1919 roku (piszemy o nim w jednym z innych artykułów). W omawianym czasie, tj. w latach 1919 – 1920, w Bielszowicach działało kilkanaście innych polskich organizacji, w tym: Zjednoczenie Zawodowe Polskie, Towarzystwo Śpiewu „Wanda”, Centralny Związek Zawodowy Polski, Polska Partia Socjalistyczna, Towarzystwo Czytelni Ludowych, Polski Czerwony Krzyż, Towarzystwo Kobiet, Towarzystwo Śpiewu „Jutrzenka”, Klub Sportowy „Jastrząb”, Towarzystwo Śpiewacze „Wesoły Głos”. Większość z nich stanowiła bazę rekrutacyjną oddziałów powstańczych.

       W dniu 13 stycznia 1919 ogłoszono na Górnym Śląsku stan oblężenia. Wobec aresztowania kilku czołowych przywódców i kurierów POW, w nocy z 16 na 17 sierpnia wydano rozkaz rozpoczęcia walk. W trakcie pierwszego powstania śląskiego (trwało od 16/17 do 24 sierpnia 1919 roku) strajkowała bielszowicka kopalnia, choć w samej miejscowości nastroje były spokojne. Celem strajku, który trwał łącznie 14 dni, było zmuszenie dyrekcji do niezatrudniania byłych ochotników znienawidzonego przez Polaków Grenzschutzu. Na stosunkowo niewielką aktywność oddziałów powstańczych w Bielszowicach miały wypadki w sąsiedniej Halembie, gdzie wskutek niemieckiej prowokacji zabito dwoje, a aresztowano kilkunastu polskich działaczy.

NOTGELD 1
Tzw. bilet zastępczy (Notgeld) wydany przez bielszowicką gminę. W tle widoczny tzw. bielszowicki zameczek, a przed nim oddział powstańczy. W 1921 r. w budynku mieściła się siedziba władz powstańczych Grupy Wschód.

         W lutym 1920 roku rządy na Górnym Śląsku przejęła Komisja Międzysojusznicza. Jej zadaniem było dopilnowanie prawidłowego przebiegu kampanii plebiscytowej i samego głosowania oraz utrzymanie porządku. Polską ludność Śląska reprezentował Polski Komisariat Plebiscytowy z siedzibą w hotelu Lomnitz, kierowany przez komisarza  Wojciecha Korfantego. W poszczególnych miejscowościach zaczęły powstawać lokalne Komitety. W Bielszowicach kierownictwo tego organu powierzono Wiktorowi Nieradzikowi.

       Latem 1920 roku, w związku z toczącą się wojną polsko-bolszewicką, położenie Polaków uległo znacznemu pogorszeniu. Warto w tym miejscu  wspomnieć, że 11 członków bielszowickiego „Sokoła” zgłosiło się wówczas ochotniczo do polskiej armii.  Wieści o rzekomym upadku Warszawy wywołały entuzjazm wśród Niemców i spowodowały ponowne zaostrzenie antypolskiego terroru. Popłoch wśród ludności cywilnej siały oddziały Sipo, złożone najczęściej z osób sprowadzonych z głębi Rzeszy. W miarę możliwości starały się im przeciwdziałać lokalne (miejscowe i obwodowe) komendy POW. Funkcję bielszowickiego   komendanta obwodowego powierzono Mikołajowi  Pośpiechowi, a komendantem miejscowym mianowano Ryszarda Grzesioka. Wobec nieudolności oddziałów wojsk koalicji,  bielszowicka kompania (tak zaczęto określać lokalny oddział POW) przystąpiła do akcji samoobrony. Zbiegło się to w czasie z wybuchem drugiego powstania śląskiego (19/20 sierpnia 1920 r.). Na terenie Bielszowic miało ono znacznie bardziej gwałtowny przebieg niż poprzednie. Rozpoczęło się od strajku w kopalni „Bielszowice”, do którego przystąpiła połowa załogi. Tym razem objęło jednak całą miejscowość.  Niewątpliwym sukcesem protestujących górników było usunięcie niemieckich członków dozoru. Główna baza powstańców (ich oddział liczył około 60 osób) znajdowała się na terenie osiedla Kąty, skąd w nocy z 21 na 22 sierpnia insurgenci przedostali do centrum Bielszowic. Po krótkiej wymianie ognia z Niemcami, udało im się opanować budynek urzędu gminnego, na którym zawieszono polską flagę. Skonfiskowano też kilkanaście karabinów należących do Straży Obywatelskiej.  Następnie licząca około 50 osób kompania, w składzie której dominowali lokalni „Sokoli”, wkroczyła na teren kopalni. Obowiązki komendanta bielszowickiego placu przejął wówczas Ryszard Grzesiok.

NOTGELD
Pieniądz tymczasowy z 29 lipca 1921 r. wydany przez bielszowicką gminę dla upamiętnienia III powstania śląskiego.

        Wieczorem 22 sierpnia do Bielszowic przybył oddział wojska francuskiego.   Podczas wiecu, który odbył się przed urzędem gminy,  postulowano  usunięcie oddziałów Sipo i zastąpienie ich policją parytetową. Równocześnie przeszukano pozostałe gmachy użyteczności publicznej, a na części z nich wywieszono biało-czerwone flagi. 25 sierpnia zakończono działania powstańcze, a 5 października przybył do Bielszowic oddział policji parytetowej (APO), której siedzibę urządzono w Szkole III.

            Kampania poprzedzająca plebiscyt  przebiegała w niezwykle napiętej atmosferze. Obie strony konfliktu, zwłaszcza niemiecka, nie przebierały w środkach. Polacy nie pozostawali dłużni. W wyniku jednej z akcji odwetowych śmierć poniósł mąż zaufania niemieckiego Społecznego Komitetu Plebiscytowego, Augustyn Szymura. Polscy aktywiści wspierali Komitety działające w sąsiednich miejscowościach, a niektórzy, jak Franciszek Hoła,  jako delegaci Komisariatu w Bytomiu udali się na teren Opolszczyzny.   Większość pozostała jednak na miejscu i ochraniała polskie wiece albo brała udział w pracach Komitetu Parytetowego.

POWSTAŃCY 1922
Bielszowiccy powstańcy podczas szkolenia w okolicach Lwowa w 1922 r.

         Plebiscyt w Bielszowicach zakończył się wyraźnym zwycięstwem strony polskiej. Według oficjalnych danych za Niemcami oddano 1874 głosy, za Polską – 4547. Wobec niekorzystnych dla Polski wyników ogólnych plebiscytu (za Niemcami opowiedziało się 59, 6 % głosujących), a także propozycji angielsko -włoskich przyznania Polsce zaledwie ¼ spornego obszaru, zapadła decyzja o wybuchu powstania. Walki rozpoczęły się w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku. Oddziały bielszowickich powstańców dzieliły się formalnie na dwie grupy: pierwsza z nich stacjonowała na obszarze Kolonii, druga – Kątów. W porównaniu z poprzednimi, trzecie powstanie śląskie cechował dużo większy profesjonalizm. W samych tylko Kątach insurgenci korzystali z trzech dobrze zaopatrzonych magazynów broni.

POWSTAŃCY 1938
Członkowie bielszowickiego Związku Byłych Powstańców w 1938 r.

            Na wieść o wybuchu powstania, o północy z 2 na 3 maja insurgenci zgromadzili się na Kątach nieopodal młyna. Po wydaniu broni oddziały   ruszyły w stronę Bielszowic.  Zadaniem pierwszej kompanii było opanowanie posterunku policji APO, który (jak już wspomniano) miał swą siedzibę w Szkole III. Placówki broniło 48 policjantów. Dwa plutony podeszły pod szkołę od strony ulicy Głównej, trzeci szturmował od podwórza. Na wezwanie złożenia broni Niemcy odpowiedzieli ogniem, ciężko raniąc jednego z Polaków. Powstańcy podjęli wówczas decyzję o wysadzeniu bramy przy pomocy granatu. Skonfudowani Niemcy niemal natychmiast poddali się. Podczas akcji zarekwirowano 48 karabinów i rewolwer.

      Druga kompania, dowodzona przez Franciszka Hołę, opanowała centrum miejscowości. Po zajęciu budynku urzędu gminy i rozbrojeniu Niemców, skierowano się w stronę Pawłowa i Kończyc, które zajęto bez większych problemów. Pozostałe dwie kompanie (tzw. odwodowe), dowodzone przez Mikołaja Pośpiecha, nie wzięły udziału w walkach, lecz rozlokowały się w budynkach Szkół I, II i III, a także w sali restauracyjnej „Wloka”, gdzie stacjonowała kompania karabinów maszynowych. W trakcie walk obyło się bez ofiar śmiertelnych, a ranni zostali przetransportowani do miejscowego szpitala Spółki Brackiej.

         4 maja odbył się na bielszowickim targowisku wiec z udziałem około  tysiąca mężczyzn. Z ochotników utworzono tzw. baon bielszowicki (zwany również „batalionem Pośpiecha”), złożony z czterech kompanii. Początkowo oddziały liczyły 750 ludzi, do 9 maja zgłosiło się jeszcze kolejnych 250 ochotników.

góra-św.-anny
Walki o Górę św. Anny w 1921 r.

               Szlak bojowy bielszowickiego baonu wiódł trasą:  Zabrze – Sośnicowice -Bojków – Ortowice. Pierwszym militarnym sukcesem było opanowanie Birawy, jednak cel strategiczny stanowiło zajęcie Koźla, Kędzierzyna i Góry św. Anny. Największym sukcesem „baonu Pośpiecha” pozostało opanowanie Starego Koźla, do czego doszło w dramatycznych okolicznościach. 7 maja bielszowiczanie otrzymali rozkaz zajęcia miejscowości. Jednocześnie dowódcy zostali poinformowani, iż na miejscu nie ma Niemców. Insurgenci wkroczyli więc do miejscowości w piknikowym nastroju, z orkiestrą na czele. Skomasowany ostrzał był ostatnią rzeczą, której się spodziewali. Pomimo zaskoczenia, dzięki znakomitej organizacji i zachowaniu dyscypliny, oddział zdołał się wycofać. Batalion poniósł jednak dotkliwe straty: było kilku zabitych (w tym jeden z najmłodszych powstańców, 17-letni harcerz Rudolf Jańda),  wziętych do niewoli

stare koźle
Stare Koźle – kościół i szkoła podstawowa. W tej miejscowości „batalion Pośpiecha” poniósł duże straty.

oraz rannych  (m.in. dowódca pierwszej kompanii, Ryszard Grzesiok). Mimo że 9 maja Stare Koźle zostało ostatecznie zdobyte, część insurgentów postanowiła wrócić do domu. Pozostali kontynuowali marsz, docierając do zajętego już przez Polaków Kędzierzyna. Niebawem Niemcy przeszli jednak do kontruderzenia. Pułk Cymsa, w skład którego wchodził „baon Pośpiecha”, bronił odcinka wiodącego od Koźla do Przystani Kozielskiej. Następnie bielszowiczanie zajęli Januszkowice – ważną strategicznie miejscowość, przy której Niemcy planowali sforsować Odrę. Zadanie utrzymania wioski powierzono właśnie „batalionowi Pośpiecha”. Polacy okopali się nad brzegiem Odry i początkowo skutecznie odpierali szturm Niemców korzystając z dwóch gniazd karabinów maszynowych, jednak wobec przygniatającej przewagi wroga 24 maja zostali zmuszeni do odwrotu w stronę Kędzierzyna, a następnie Kłodnicy.  W nocy z 2 na 3 czerwca Niemcy przypuścili kolejny  atak, powodując załamanie się obrony Polaków. Wycieńczeni walkami bielszowiczanie zostali przerzuceni na linię Brzeźce-Pogorzelec-Kłodnica. 13 czerwca, po naradzie oficerskiej w Bielszowicach,  wydano rozkaz demobilizacji armii powstańczej. W walkach polegli: Hubert Cop, Józef Copik, Emanuel Czogała, Robert Drabik, Rudolf Duka, Rudolf Jańda, Paweł Kłyk, Maksymilian Kostorz, Roman Müller, Alojzy Nega, Józef Polok, Michał Polok, Franciszek Siedlaczek, Ryszard Tworuszka i Dionizy Wieczorek.

KORFANTY BIELSZOWICE
Wojciech Korfanty (szósty od prawej) podczas wizyty w Bielszowicach, 1922 r.

           Bielszowice stały się ponadto istotnym ośrodkiem dyspozycyjnym – siedzibę miał tu sztab Grupy „Wschód”, zaś rada gminna wydawała własne bony zastępcze o treściach patriotycznych.  28 czerwca 1922 roku na teren Bielszowic wkroczyły oddziały Wojska Polskiego. Na uroczystości obecny był m. in. Wojciech Korfanty cieszący się tu ogromną popularnością.

STRZELNICA ZWIĄZEK POWSTAŃCÓW
Członkowie Związku Byłych Powstańców przed budynkiem strzelnicy, lata 30. XX w.

          W 1923 roku, z inicjatywy miejscowych władz, przystąpiono w Bielszowicach do budowy kopca powstańczego.  Większość prac wykonali bezrobotni. Średnica obiektu wynosiła 10 metrów. Przez kolejnych piętnaście lat tzw. planty, jak nazywano okalający kopiec niewielki park,  były ulubionym miejscem spacerowym bielszowiczan. Jego dodatkową atrakcję stanowiła zabytkowa, pochodząca z połowy XVIII wieku figura św. Jana Nepomucena (obecnie rzeźba stoi na placu kościelnym).

 

135. rocznica konsekracji bielszowickiego kościoła

11 listopada 2018 roku, w związku z przypadającym jubileuszem stulecia odzyskania niepodległości, w całej Polsce odbędą się liczne marsze, koncerty oraz uroczystości państwowe i kościelne. Dla mieszkańców Bielszowic będzie to okazja do podwójnego świętowania, bowiem 11 listopada  1883 roku konsekrowano tutejszy kościół. W tym roku mija 135 lat od tego wydarzenia.

 

         Początki  naszej parafii sięgają czasów średniowiecza, być może nawet przełomu XIV i XV wieku. Część historyków jest zdania, że pierwsza bielszowicka świątynia powstała na długo przed rokiem 1400. Brak jednak na to niezbitych dowodów.  Więcej informacji na temat działalności duszpasterskiej w Bielszowicach pochodzi dopiero z przełomu XVI i XVII wieku:  w 1598 roku odnotowano na przykład, że kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych znajduje się w ręku protestantów. Dwa lata później świątynia spłonęła (odbudowano ją w roku 1613). W tamtym czasie bielszowiczanie chętnie uczęszczali na nabożeństwa do pobliskich Kochłowic.

kościół
Kościół pw. Wszystkich Świętych. Fotografia z II połowy XIX w.

         W kolejnych latach bielszowicki kościół systematycznie podupadał; pod koniec XVIII wieku trzeba go było nawet rozebrać i wznieść na nowo (dokonał tego w latach 1796-1797 ówczesny proboszcz ks. Franciszek Kulanek). Prawdopodobnie wtedy też świątynia zmieniła wezwanie – jej patronką została św. Maria Magdalena.

stary kosciół rys12
Rycina przedstawiająca dawny bielszowicki kościół i jego obejście (na podstawie obrazu Juliusza Marcisza)

         W połowie XIX wieku Bielszowice zaczęły się gwałtownie rozrastać. Z wioski liczącej jeszcze niedawno niespełna 300 mieszkańców, przekształciły się w zwartą, kilkutysięczną osadę robotniczą, podczas gdy drewniany kościółek mógł pomieścić zaledwie 300 wiernych.  Proboszcz Jan Hruby (włodarz parafii w latach 1858-1890) już w 1864 roku informował wrocławskiego biskupa o potrzebie wzniesienia większego domu Bożego:  Drewno w moim kościele jest zdrowe jak ryba, jednak świątynia w czasie świąt, a nawet zwykłych niedziel, okazuje się być dalece za mała, aby wszystkich wiernych pomieścić, tym bardziej że przychodzi tu wielu katolików z Wirku, Nowej Wsi, Halemby, a także pracowników kopalni „Lithandra” i huty „Rosamunda”. Wolą przyjść na mszę do Bielszowic, bo mają tu bliżej niż do Kochłowic, a poza tym tamtejszy kościół jest i tak za mały. Z Wirku blisko do Bielszowic ma 20 rodzin, w tym roku i w poprzednich latach powstało dużo domów, tak więc przybyło tam wiele dusz, co być może doprowadzi do powstania nowej parafii i budowy kościoła, czego tamtejszym katolikom, jak i niezwykle tolerancyjnym protestantom, wypada życzyć. Skoro tylko w Wirku i w Goduli powstaną nowe świątynie, moi parafianie będą wreszcie mieć więcej miejsca w swoim domu Bożym. Mimo to życzę sobie nowego, solidnego, odpowiedniego kościoła, dlatego zasyłam Waszym Wielebnościom płynące z głębi serca podziękowania za to, że ten temat zaprząta Waszą uwagę […]. Problemem parafii był jednak brak pieniędzy. Proboszcz nie otrzymał też wsparcia ze strony ówczesnego właściciela Bielszowic Żyda Samuela Hoffmanna. Moi parafianie należą do najuboższego z kościołów. Wszelkie budowy i remonty w parafii, w kościele i w szkole nie mają końca, a wcześniej przez 30 lat z winy upartych administratorów nic się nie działo. Patron kościoła wielokrotnie już lamentował, że jego obowiązki względem parafii i kościoła nie mają końca, ukazując siebie jako „nowicjusza”. Mimo wszystko, nie zważając na powyższe trudności, zamierzam wszystkie powyższe sprawy doprowadzić do szczęśliwego końca. Tyle ks. Jan. Warto w tym miejscu dodać, iż władze duchowne również pozostały głuche na apele ks. dziekana. W efekcie budowę sfinansowano ze składek parafian, prywatnych funduszy proboszcza Hrubego oraz dzięki zaciągnięciu wieloletniej pożyczki.

Hruby
Ks. Jan Hruby (1829-1890)-budowniczy bielszowickiego kościoła

         Ks. Jan zlecił wykonanie projektu gliwickim architektom Traufeldowi i Philippowi. Mimo że kasa kościelna świeciła pustkami (było w niej niespełna tysiąc marek przy całościowym kosztorysie budowy opiewającym na 44 tysiące), prace ruszyły wiosną 1883 roku. Raz jeszcze oddajmy głos ks. Hrubemu, który w czerwcu 1883 roku donosił przełożonym: W dniu 17 lutego donosiliśmy Waszej Ekscelencji, że jeszcze w tym roku zamierzamy wznieść nowy, prosty w formie, ale obszerny kościół. Niniejszym w sprawie rzeczonej budowy pozwalamy sobie donieść, co następuje: Królewska Rejencja w Opolu w dniu 2 kwietnia przekazała nam zezwolenie inspektoratu budowlanego […].  Budowa kościoła ma kosztować 36 tysięcy marek, do czego dochodzą opłaty za roboty wykonane przez parafian, które bez kosztów wyposażenia wnętrza wyniosą 6000 marek. Gmina parafialna dołoży do tego 12 tysięcy marek na pokrycie kosztów robocizny. Jak dotąd udało nam się uzbierać 9 tysięcy  marek z dobrowolnych składek parafian i chcemy jeszcze tę sumę powiększyć. Parafianie zobowiązali się ponadto do darmowego użyczenia swych furmanek. Dalsze 15 tysięcy marek pochodzić będzie z pożyczki zaciągniętej w prowincjonalnej kasie zapomogowej rozłożonej na 32 lata wraz z odsetkami i amortyzacją. Cenną pomoc okazali mieszkańcy sąsiednich osad, zwłaszcza Kończyc i Pawłowa (które wtedy tworzyły jeszcze z Bielszowicami jedną parafię).

         Mimo finansowych perturbacji  kościół powstał w rekordowym tempie, pomiędzy czerwcem a listopadem 1883 roku.   Równocześnie dokonano rozbiórki starej świątyni (o jej szczegółach piszemy w innym miejscu). Wreszcie w połowie listopada 1883 roku czasopismo „Katolik” mogło obwieścić:  Bielszowice, dnia 11 listopada. Dzisiaj był z pozwolenia naszego biskupa nasz nowy kościół poświęcony, który 14 czerwca został napoczęty i z wolą boską już pierwszy raz było w niem nabożeństwo. Z daleka ludzie się zgromadzili i pięknie bardzo było, jak z muzyką, kapelą bielszowicką po Najświętsze na cmentarz do kapliczki szli w niezmiernej procesyi. Chociaż jeszcze dużo brakuje, bo tylko jeden ołtarz podarowany mamy, ani też jeszcze organów nie ma, ale już mamy gdzie się modlić. Przywitanie i kazanie naszego czcigodnego ks. Dziekana Hrubego, który się o powstanie kościoła postarał, było takie, iże ani jednego nie było, coby te słowa go nie ruszyły, a wielki płacz był w kościele. 17 czerwca było ostatnie nabożeństwo w starym kościółku, a dzisiaj w nowym, który z jałmużny dobrodziejów wybudowany jest, za co im dzięki czyniono. Tego samego dnia ks. Hruby udzielił też pierwszego sakramentu ślubu miejscowemu nauczycielowi Świerczowi.

kościół widok pierwotny
Kościół pw. św. Marii Magdaleny około 1910 r.

         Kościół wzniesiono w stylu neogotyckim, bardzo popularnym na Górnym Śląsku w końcu XIX i na początku XX wieku. Zbudowano go z cegły na kamiennym fundamencie. Miał dwuspadowy dach, który początkowo pokryto łupkiem (po II wojnie światowej zastąpionym blachą). Świątynia była budowlą orientowaną, trójnawową, z nieznacznie węższym od korpusu głównego, zakończonym trójbocznie prezbiterium. Zachodnia część kościoła zamknięta została wieżą założoną na planie prostokąta,  której część przyziemia stanowiła przedsionek budynku. Elewacje zewnętrzne operowały skromnym detalem architektonicznym w formie kamiennej  (cokół z piaskowca) oraz formowanym w tynku (gzyms wieńczący, zworniki łuków okiennych i sterczyny na fasadzie głównej). Ściany artykułowane  były tylko za pomocą wysokich, zamkniętych ostrym łukiem, okien.

kamień
Kamień narożny zawierający datę rozpoczęcia budowy (16 czerwca 1883) i nazwisko proboszcza Hrubego

         Budynek posiadał  zwieńczoną ostrosłupowym hełmem z iglicą wieżę, wewnątrz której umieszczono trzy dzwony. Oprócz niej na kalenicy dachu umieszczono sygnaturkę, czyli niewielką wieżyczkę mieszczącą dzwonek pochodzący z czasów ks. proboszcza Kulanka.  Na narożach kościoła wznosiły się sterczyny, zdjęte w czasie remontu dachu kościoła w 1956 roku (zamontowano je z powrotem w 2000 roku). Budowla nie posiadała transeptu, oprócz wejścia głównego miała dwoje bocznych drzwi. Kościół był trójnawowy, jego długość wynosiła 45,5 metra, szerokość 17,7 metra, a wysokość 19 metrów. W chwili oddania do użytku we wnętrzu świątyni znajdował się tylko ołtarz główny, poświęcony patronce kościoła i parafii, św. Marii Magdalenie. Ołtarze boczne zostały ustawione pomiędzy 1884 a 1887 rokiem, o czym zaświadcza protokół wizytacji z 1887 roku. Ołtarz główny został wykonany w stylu neogotyckim, w centrum posiadał obraz przedstawiający św. Marię Magdalenę, a po bokach figury św. Józefa i św. Franciszka z Asyżu.  Prawy boczny ołtarz poświęcono Matce Boskiej Różańcowej. Oprócz przedstawienia Madonny z Dzieciątkiem zawierał figury świętych Piotra i Antoniego. Lewy ołtarz boczny był poświęcony św. Barbarze i oprócz jej wizerunku zawierał rzeźby świętych Jana i Pawła.

mmorg
Obraz przedstawiający św. Marię Magdalenę pochodzący z dawnego ołtarza głównego

         Prace wykończeniowe trwały jeszcze wiele lat. W grudniu 1885 roku „Katolik” donosił: Nasz nowy kościół dostał nie tylko nowe organy, ale też i nowy zegar na wieżę, która przez to bardzo przyozdobioną została; wieża tylko choć metr mogła być wyższą, co dopiero teraz widać. Ks. dziekan Hruby zasłużył sobie na wielką wdzięczność za te trudy, które miał przy budowie kościoła, bo gdyby się on nie był o to starał, to byśmy nie byli nic mieli, bo naszem patronem jest żyd, o budynku kościoła nie chciał wiedzieć ani też płacić. Niech też Pan Bóg wynagrodzi naszemu ks. dziekanowi i wszystkim, co na budowę tego kościoła jałmużnę dawali i jeszcze dawają. Wspomniane organy zakupiono w Głubczycach za sumę 4,5 tys. marek.  Dawne, zmodernizowane w 1865 roku, w pięknym geście ofiarowano parafii halembskiej (są czynne do dziś).

kościół z witrażem
Bielszowicki kościół w 1967 roku po generalnym remoncie i obniżeniu dachu

         Wnętrze kościoła w chwili ukończenia budowy było bardzo skromne i pozbawione malowideł ściennych. Sześć filarów wykonanych z drewna oddzielało nawę główną od bocznych i łączyło się w łuki. W miejscu załamania się łuków umieszczone były kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Po prawej stronie patrząc od strony głównego wejścia znajdowała się drewniana ambona, przymocowana do jednego z filarów. Pierwotne ławki dla wiernych Kronika Parafialna określa jako wygodne. We wnętrzu świątyni ustawiono trzy konfesjonały wykonane z drewna dębowego. Chór dostępny był poprzez klatkę schodową prowadzącą również na wieżę. Świątynia pierwotnie posiadała 8 okien. Nowa świątynia była w stanie pomieścić około tysiąca wiernych.

kościół jadamus
Bielszowicki kościół po pierwszej przebudowie wieży (lata 70. XX w.)

         W kolejnych latach kościół przeszedł wiele modernizacji (opiszemy je szczegółowo w kolejnych artykułach). Do najważniejszych należały:

  • Budowa zakrystii, wstawienie trzech ołtarzy, zakup nowych ławek i wykonanie posadzki (na przełomie XIX i XX w.)
  • Elektryfikacja kościoła (w latach 1911-12)
  • Zakup dzwonów (1913; 1924; 1956)
  • Dobudowanie klatki schodowej i kaplicy MB Częstochowskiej (w latach 1923-24)
  • Kotwiczenie murów kościoła (1936 r.)
  • Kapitalny remont wnętrza i obniżenie dachu kościoła (w latach 1956-57)
  • Zdjęcie iglicy z wieży i usunięcie środkowego witraża (lata 60. XX w.)
  • Wykonanie modrzewiowego stropu (lata 70. XX w.)
  • Przebudowa wieży kościelnej (lata 1999-2001)
  • Wykonanie nowej elewacji, drzwi wejściowych (2002), ogrzewania podłogowego i posadzki (2007 r.)
  • Wstawienie dziesięciu nowych witraży (w latach 2015-2016).

obecny_wyglad

Niecodzienne obchody Święta Konstytucji z 1925 r.

Po raz pierwszy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Święto Narodowe 3 Maja obchodzono w 1919 roku.  Na Górnym Śląsku, który znalazł się w granicach Rzeczypospolitej dopiero w roku 1922, była to data szczególna, w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku doszło bowiem do wybuchu III powstania śląskiego. Przed wojną Święto Konstytucji celebrowano w Bielszowicach z wielką pompą, a nad całością obchodów czuwał Zarząd Gminy oraz miejscowy Związek Byłych Powstańców. W tamtym okresie w naszej miejscowości mieszkało jednak jeszcze co najmniej kilkuset Niemców, którzy nie uczestniczyli w tego typu uroczystościach, dając w ten sposób wyraz niezadowoleniu z –  ich zdaniem niesprawiedliwego – podziału Górnego Śląska. Niemiecka mniejszość  mogła liczyć na wsparcie proboszcza ks. Franciszka Buschmanna, a także lokalnych organizacji takich jak Volksbund (Związek Mniejszości Niemieckiej w Polsce) oraz miejscowych działaczy (do 1926 r. naczelnikiem bielszowickiej gminy był Niemiec Paul Zapke).  W Kronice naszej szkoły (noszącej wówczas nazwę Szkoły Powszechnej nr 2) zachowało się sporo informacji na temat dawnych trzeciomajowych zwyczajów. Najciekawsze są wpisy Kazimierza Zychewicza, kierownika SP nr 2 z lat 1923 – 1927.

 

P1030968
Fragment Kroniki Szkoły Powszechnej nr 2 zawierający opis przebiegu uroczystości trzeciomajowych w 1925 r.

         Zanim oddamy głos dawnemu dyrektorowi, musimy w kilku słowach wyjaśnić, dlaczego ówczesnemu proboszczowi tak bardzo nie podobały się polskie uroczystości. Ks. Franciszek Buschmann był duszpasterzem o niemieckich zapatrywaniach. Urodził się w rolniczej rodzinie, w której obecne były wprawdzie pewne ślady polskiej obyczajowości (matka proboszcza, Eufemia, pochodziła z polskiej rodziny Gruszków), jednak  obok śląskiej gwary posługiwano się zazwyczaj językiem niemieckim, zachowywano też niemieckie brzmienie imion  (Franz, Valentin, Vincenta, Johann).  Ks. Franciszek był wieloletnim członkiem katolickiej Partii Centrum, a ponadto działał w kojarzonych z niemieckim kapitałem Kasach Raiffeisena. Od początku swego pobytu w Bielszowicach (został proboszczem latem 1911 r.) znajdował się w sporze z częścią polskich parafian, a po 1922 r. był  wprost  bezpardonowo atakowany przez członków miejscowych organizacji takich jak Związek Byłych Powstańców czy Związek Obrony Kresów Zachodnich. Nie zamierzał jednak dobrowolnie opuszczać parafii, z którą czuł się bardzo emocjonalnie związany (o odwołaniu ks. Franciszka z Bielszowic opowiemy szczegółowo w innym artykule). Będąc człowiekiem przekornym i nieskorym do zawierania kompromisów, często popadał w spory w polskimi aktywistami. W 1923 r. rozpoczął się jego konflikt z Kazimierzem Zychewiczem. Kierownik SP nr 2 wywodził się spoza Śląska. Jako polski patriota, robił wszystko, aby zminimalizować niemieckie wpływy na terenie Bielszowic. Nie zgodził się na przykład na otwarcie w szkole klasy niemieckiej i bardzo energicznie zabiegał, aby także w innych bielszowickich szkołach uczono wyłącznie po polsku (jedyna klasa niemiecka działała przed wojną w Szkole nr 3 – dzisiejszej SP 14; liczyła 87 uczniów). Należy w tym miejscu dodać,  że Zychewicz (który pełnił ponadto funkcję przewodniczącego bielszowickiego Towarzystwa Czytelni Ludowych) nie cofał się przed stosowaniem kontrowersyjnych metod. W 1925 roku tłumaczył:  Dnia 6. maja 1925 r. kazały władze szkolne uruchomić klasę niemiecką. Klasa ta została uruchomiona w szkole III. Z tutejszej szkoły poszło tylko dwoje dzieci narodowości polskiej […] których rodzice są zaprzańcami – renegatami. W klasie tej są wszystkie dzieci narodowości polskiej. Tak więc na gruncie dzieci polskich powstała klasa niemiecka, dzięki kreciej bezczelnej nagonce ze strony Germanów. Nauczycielem został German Rodewald. W zeszłym roku szkolnym […]odbywały się wpisy do szkół dla mniejszości językowej niemieckiej. W tym czasie rodzice mogli zgłosić swe dzieci do szkoły mniejszości i na odwrót. Przed wpisami i w czasie wpisów agitacja niemiecka była w pełnym ruchu, a rezultatem niebywała ilość wniosków rodziców dzieci polskich do szkoły niemieckiej. Komisja jednak przeznaczona do badań tych wniosków przyszła do przekonania, że dziecko polskie należy do szkoły polskiej, a nie niemieckiej – odrzucając 90% wniosków. Dzięki temu i w tutejszej miejscowości szkoła mniejszości powiększyła się zaledwie o 4 dzieci, tak że obecnie liczy 87 dzieci. Sposób procedowania szkolnej komisji wywołał wśród Niemców kontrowersje.  Trudno więc się dziwić, że proboszcz Buschmann oskarżał potem kierownika  o niewłaściwy stosunek do niemieckiej mniejszości i łamanie przepisów Konwencji Genewskiej podpisanej przez Polskę i Niemcy  w  1922 r.

3 maja 1933
Przemarsz wojska w Krakowie w przeddzień Święta Konstytucji (1933 r.)

             Zachowanie Kazimierza Zychewicza było przysłowiową iskrą rzuconą na beczkę prochu. Kulminacja jego zatargu z ks. Buschmannem przypadła na obchody Święta Konstytucji w 1925 r. Proboszcz wykorzystał je jako okazję do „odegrania się” na polskich działaczach i zamanifestowania swego rozeźlenia z powodu podziału Śląska. Zerknijmy ponownie do naszej Kroniki, gdzie na stronie 108 czytamy: W tym roku Święto 3 Maja było po raz pierwszy obchodzone wspólnie raz na zawsze z ustanowionem Świętem Królowej Korony Polskiej. […] W obchodzie uroczystym młodzież szkolna wzięła udział. W wilję 3. Maja urządzono pochód z lampjonami i chorągiewkami z orkiestrą kopalnianą. Następnie już w nocy zapalono na pagórku Halszki ułożony stos, który buchał wielkim ogniem, niosąc groźną łunę na stronę niemiecką. Rano w dniu 3 Maja sformował się pochód na placu targowym przy udziale licznych towarzystw, urzędników kopalnianych i niektórych urzędników z gminy, dobrze odżywionych pomimo kryzysu, z p. Żabką na czele. Pochód poprowadzony przez orkiestrę kopalnianą udał się do kościoła. Nabożeństwo odprawił proboszcz ks. Buschmann. […] Przy końcu Mszy Św. odśpiewano hymn „Boże coś Polskę”. Lud przy pierwszych zwrotkach powstał z miejsc, z wyjątkiem paru nieświadomych kobiet i p. Żabki naczelnika gminy. Ks. Buschmann zaś otwarty Niemiec, który jawnie w czasie uroczystości religijno – narodowych jak 3 Maja, kiedy się śpiewa hymn „Boże coś Polskę” daje upust swemu niemieckiemu uczuciu, uchodzi corychlej od ołtarza i każe natychmiast światło gasić. Ale lud śpiewał dalej rzewną pieśń błagalną niosąc skargę do Boga. Tak się „ładnie” skończyło nabożeństwo ku zgorszeniu obecnych.  Nie był to bynajmniej jedyny taki przypadek. Po mszy św. z okazji zakończenia roku szkolnego 1924/25 odśpiewano hymn „Boże coś Polskę”, w czasie którego znowu ks. Buschmann odszedł od ołtarza, każąc zgasić natychmiast światło, co wywołało szemrania u dzieci.

buszek solo2
Proboszcz Franciszek Buschmann

                Ks. Buschmann opuścił Bielszowice w 1929 r. W kolejnych latach naszą parafią kierował ks. Józef Niedziela, któremu udało się załagodzić konflikty na tle narodowościowym. W latach 30. XX wieku Święto Konstytucji było jedną z najważniejszych   uroczystości o charakterze patriotycznym. Z oczywistych względów nie obchodzono go w trakcie II wojny światowej, a także w latach komunizmu (w bielszowickich szkołach rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja uczczono po raz ostatni w 1948 r.). Święto przywrócono w 1990 r.

130. rocznica urodzin ks. Józefa Niedzieli

         W poniedziałek 12 marca 1888 r. w podopolskiej Chróścinie rozpoczynał się kolejny, żmudny tydzień wyczekiwania. Trwał przednówek, liczony  od chwili wyczerpania zapasów żywności z poprzedniego roku do zazielenienia się łąk. Na dawnej wsi był to z reguły czas trudny, wymagający wielu wyrzeczeń, gdy większość chłopów z konieczności spożywała tylko jeden posiłek dziennie, uzupełniany lebiodą, perzem, pokrzywami i korą. W  gospodarstwie Antoniego Niedzieli problemy te chwilowo zeszły jednak na drugi plan. Ceniony przez sąsiadów za odwagę, przedsiębiorczość i pracowitość chłop wydawał się tego dnia wyjątkowo markotny. Od rana siedział na przyzbie i w milczeniu odmawiał pacierz, a w jego zachowaniu dało się wyczuć zniecierpliwienie i niepokój. Trudno się dziwić, skoro wyczekiwał narodzin kolejnego, trzeciego  już dziecka. Po dwóch córkach – Jadwidze i Paulinie, modlił się zapewne o syna, który, zgodnie z tradycją, miał z czasem przejąć gospodarkę. Choć modły Antoniego zostały wysłuchane, Pan Bóg miał względem nowo narodzonego dziecka nieco inne plany. Józef, bo takie imię kilka dni później otrzymał na chrzcie chłopiec, jako kilkunastolatek wyruszył z Chróściny w „wielki świat”, zdał maturę, ukończył studia wyższe we Wrocławiu i został kapłanem. Pamiętamy o nim jako o wspaniałym bielszowickim proboszczu,  a także wybitnym działaczu narodowym, społeczniku i ofierze II wojny światowej.  Józef Niedziela nie był jednak self – made manem;  miał skąd i od kogo czerpać wzorce.  Dlatego dziś zajrzymy na chwilę do rodzinnej miejscowości ks. Józefa, urokliwej Chróściny, oraz przyjrzymy się jego bliskim. Byliśmy tam kilka lat temu. Pobyt pod Opolem okazał się dla nas pełną przygód i zaskakujących zwrotów akcji podróżą w przeszłość Śląska.

chruscina
Chróścina. Widok na gotycką dzwonnicę i kościół pw. św. Apostołów Piotra i Pawła

         Do Chróściny wyruszamy wczesnym rankiem 24 lipca. Mimo że wszechmocny internet wyliczył, iż droga w jedną stronę ma zająć tylko dwie godziny,  dla nas to podróż w nieznane. Nie mamy na przykład pojęcia, czy Niedzielowie w ogóle jeszcze w Chróścinie mieszkają (wiemy jedynie, że rodzina brata ks. Józefa, Wincentego, od lat międzywojennych związana jest z Rybnikiem). Nie znamy nikogo z miejscowych, nie kontaktowaliśmy się też z tamtejszym proboszczem. Z naszej strony to pełna improwizacja, jazda „na aferę”. Mimo to jesteśmy dobrej myśli,  bo przecież nie wszystko da się zaplanować. Czyż nasza egzystencja nie jest pasmem nieustannych wariacji? Przypadkowość  dodaje jedynie życiu smaku.

         Po drodze mijamy kolejne zadbane wioski, które zgodnie z obowiązującymi od kilku lat przepisami noszą dwujęzyczne (polskie i niemieckie) nazwy. Pod Opolem trochę błądzimy, na szczęście miejscowi naprowadzają nas na właściwy szlak. I tak zwiedzamy kolejno Dziekaństwo/Dziekanstwo z piękną przydrożną dzwonnicą z połowy XIX wieku, Chmielowice/Chmiellowitz, Żerkowice/Zirkowitz i Mechnice/Muchenitz.  Jesteśmy już prawie na miejscu, tylko ostry skręt z ulicy Kolejowej w  Dworcową… i naszym oczom ukazuje się kościół parafialny pw. św. Apostołów Piotra i Pawła. Parkujemy obok świątyni, czując na sobie wzrok zaciekawionych wiernych udających się na mszę. Wykorzystujemy okazję i pytamy o dom Niedzielów. – Niedzielowie? Chyba tu mieszkali, ale wykludziyli się do Niemiec. Ksiądz Niedziela? Niee, nie słyszeli my…. No to pięknie. Nie odpuszczamy jednak i przez gotycką, z pietyzmem odnowioną dzwonnicę, wchodzimy na teren placu kościelnego. Naszym oczom ukazuje się dość osobliwy widok, oto bowiem barokowy kościół parafialny nie ma  wieży (tę rolę pełni wspomniana, znacznie starsza, dzwonnica). Obok świątyni znajduje się kameralny cmentarz. Uzbrojeni w aparat fotograficzny wchodzimy na jego teren, ponownie wywołując zaciekawienie grupki osób stojących pod kościołem. Tak, zostaliśmy już przez chróścinian zauważeni. Tu wszyscy znają wszystkich, pojawienie się „obcych” stanowi swego rodzaju atrakcję, ale też zaburza porządek, wprowadza mimowolny niepokój.  Czujemy na sobie kłujący wzrok miejscowych, ale nie gasi to w nas zapału. Po paru minutach spaceru główną cmentarną alejką możemy wreszcie odtrąbić pierwszy mini-sukces, okazuje się bowiem, że nie wyjedziemy tego dnia z Chróściny z pustymi rękami. Wszystko za sprawą czarnego granitowego nagrobka z napisem: Tu spoczywa w Bogu/ Jadwiga Niedziela /1883-1949/. Tak oto „odkryliśmy” grób najstarszej siostry ks. Józefa, Jadwigi – osoby, która przez kilka lat mieszkała na bielszowickiej plebanii i była jego powierniczką, a w czasie okupacji z narażeniem życia ukrywała obciążające go dokumenty. Do niej to kierował z Dachau i Gusen swe listy. Gdy ks. Józef zginął, dyrekcja obozu, posuwając się w swym cynizmie do granic absurdu, zaproponowała Jadwidze przesłanie prochów brata za symboliczną sumę dziesięciu marek. Jak się nietrudno domyślić, odmówiła.

cmentaz chróścina
Cmentarz w Chróścinie z II połowy XIX w.

         Krótka modlitwa za duszę zmarłej najwyraźniej pomogła. Kilka metrów dalej natrafiamy na krzyż cmentarny z polsko-niemiecką inskrypcją (później dopiero dowiadujemy się ze źródeł, że o jego ufundowanie postarała się w 1913 r. Rada Parafialna, na której czele stał ojciec naszego bohatera, Antoni). Wiedząc, że matka proboszcza, Franciszka, spoczywa na cmentarzu w Bielszowicach, poszukujemy grobu jej męża. Bezskutecznie. Opuszczamy cmentarz może nie rozczarowani, ale jednak odczuwamy pewien niedosyt. Po drodze czeka nas kolejna niemiła niespodzianka – dowiadujemy się, że kancelaria parafialna jest nieczynna. Wakacje – rzecz święta…

nepomucen chróścina
Jedna z dwóch figur przedstawiających św. Jana Nepomucena znajdujących się w Chróścinie

        Dochodząc do samochodu dostrzegamy figurę św. Jana Nepomucena. Krótka, naiwna próba przekonania samych siebie: „Skoro w Bielszowicach też stoi Nepomucek, może to jakiś znak?”. Idziemy więc dalej, mimo że przy drodze nie ma chodnika,   niebo zaś staje się coraz ciemniejsze, a powietrze – nieznośnie gęste. Burzy nie było w planach, nie mamy więc przy sobie parasoli. Przyspieszamy i po kilkuset metrach marszu docieramy pod budynek szkoły. Obecnie wygląda inaczej niż pod koniec XIX w. Ks. Józef uczęszczał do niej w latach 1894-1901; w tamtym okresie zajęcia prowadzono jeszcze w stodole. Obecna szkoła mieści się w powstałym w 1862 r. dworku, przebudowanym w latach 50. XX wieku (początkowo była to Szkoła Rolnicza, obecnie-Zespół Szkół w Chróścinie). Wokół rozciąga się piękny, zrewitalizowany niemałym nakładem Park Dworski  ze stawem rybnym. Siadamy na ławeczce, bo burza na chwilę obrała inny kierunek. Karmimy kaczki; wzbiera w nas podziw dla władz Gminy Dąbrowa, które przeprowadziły kosztowną modernizację. Taki widok budzi zazdrość i wzmaga uczucie żalu, że włodarze naszego miasta nie potrafią (nie chcą?) przywrócić  blasku bielszowickiej „Strzelnicy”, która już chyba na zawsze zatraciła swój dawny czar. Wróćmy jednak do chróścińskiej oazy zieleni. Jeszcze kilka lat temu straszyły tu pozostałości dawnego PGR-u, teraz zaś parkowy kompleks wprost tętni życiem.

chroscina-szkola-1
Zespół Szkół w Chróścinie

         Zerkamy na zegarek – mija druga. Kilka pamiątkowych ujęć szkolnego gmachu i krótka narada:  dajemy za wygraną czy szukamy dalej? Kapitulacja byłaby przyznaniem się do porażki, postanawiamy więc kontynuować wędrówkę. Idziemy wzdłuż ulicy Niemodlińskiej – głównej arterii wioski. Dopiero teraz dociera do nas, że Chróścina to typowa łańcuchówka, co nie powinno dziwić, gdyż osada powstała już w XIII wieku. Zagroda przy zagrodzie, czysto, schludnie,  ale jednocześnie dość osobliwie, bo większość bram wykonana jest z „hermetycznej” blachy. Jak tu nawiązać rozmowę, zagaić na temat Niedzielów? W końcu udaje nam się zaczepić starszego pana. – Niedzielowie? Pewnie, że mieszkają, tylko o których Niedzielów wam chodzi? Parę domów dalej Niedziela ma zakład stolarski, popytajcie tam. Pojawia się zatem promyk nadziei, a adrenalina robi swoje (to samo czują zapewne śledczy, gdy wpadają na trop – nie bez kozery mówi się, że historyk musi mieć w sobie coś z detektywa).  Kilkadziesiąt sekund później jesteśmy na miejscu i „na bezczelnego” wchodzimy na podwórze. Przed domem stoi starsza pani. Przepraszamy za najście, ale kobieta jakby nas nie zauważa, więc, pchani dziwnym przeczuciem wchodzimy do stodoły, z której wydobywają się dźwięki piły tarczowej.  Na nasz widok mężczyzna w sile wieku przerywa pracę i zdecydowanym krokiem podchodzi do drzwi. – Dzień dobry, przepraszamy za najście – bełkoczemy w nadziei, że nie obrzuci nas wyzwiskami i nie poszczuje psem. – Poszukujemy informacji o księdzu Niedzieli, przyjechaliśmy z Bielszowic, gdzie był przed wojną proboszczem. -To właśnie jesteście na jego ojcowiźnie, tu dorastał on i jego rodzeństwo. Ale ja niewiele wam powiem. Więcej wie ta pani, którą mijaliście. Jej mąż był bratankiem księdza. Jesteśmy oszołomieni, jeszcze kilka minut wcześniej nosiliśmy się z zamiarem zawieszenia „poszukiwań”, a tu taki przełom! Dziękujemy za informację i w mgnieniu oka wracamy do starszej pani. Tym razem jednak nie stoi sama, lecz w towarzystwie (jak się później dowiedzieliśmy) córki. – Szkoda, że przychodzicie dopiero dziś, gdyby tak jeszcze rok temu…Tata niedawno umarł i od tego czasu mama cierpi na amnezję, mamy z nią słaby kontakt, myli fakty. A wcześniej wiedziała wszystko! Ale skoro już tu jesteście, zapraszamy do środka, zobaczcie zagrodę i obejście-nie zmieniło się tu nic od początku XX wieku. Zwiedzamy oborę, stajnię, wychodzimy w pole. Cóż, nie da się ukryć, że gospodarka leży od lat odłogiem. Sympatyczna krewna ks. Józefa tłumaczy, że takie czasy, młodzi robią karierę w mieście… I dorzuca ciekawą anegdotę: –  Wiem, że był ważną figurą, proboszczem. Podobno słynął z trudnego charakteru… Oj, delikatnie powiedziane! Ks. Józef należał do tego typu ludzi, którzy nie znoszą sprzeciwu. Może dlatego był tak skuteczny w działaniach? Dziękujemy za rozmowę i ciepłe przyjęcie. Na odchodnym, za zgodą właścicielki, robimy kilka pamiątkowych ujęć Niedzielowej gospodarki. Wtedy właśnie, ku naszemu osłupieniu, dotąd milcząca starsza pani zwraca się do nas ciepłym głosem, bez najmniejszych oznak demencji: -Kilka domów dalej mieszka  Antoni. On wie dużo o księdzu Niedzieli. Jego ojciec, Marcin, był bratem proboszcza… Młodsza z pań zaś dorzuca: -Byliście na cmentarzu? Jest pochowany w tym samym grobie, co Antoni, ojciec ks. Niedzieli. Jeszcze pół roku temu był tam jego nagrobek. A my przypominamy sobie niezbyt okazały grób przy głównej cmentarnej alejce, pozornie zaniedbany. Czyli jednak odwiedziliśmy ojca ks. Józefa! Obiecujemy, że w drodze powrotnej wstąpimy raz jeszcze na cmentarz i zmówimy Wieczny odpoczynek, teraz jednak co sił w nogach pędzimy do Antoniego Niedzieli.

         Żyjemy w czasach telefonii komórkowej, tak więc nie dziwi nas to, iż w bramie domu przy ulicy Niemodlińskiej  stoi uśmiechnięty młody człowiek. -Proszę, niech państwo wejdą, dziadek i babcia są w środku.  Po chwili w drzwiach ukazuje się para dziarskich emerytów. –Podobno szukają państwo informacji o księdzu Niedzieli? To się świetnie składa, bo my również. -Jak to, przecież są państwo jego rodziną? – odpowiadamy skonfundowani. –Tak, ale niewiele możemy o nim powiedzieć. Odkąd został proboszczem w Bielszowicach, nigdy nas nie odwiedzał, bo przecież oznaczało to dla niego podróż do Niemiec. A z jego przeszłością… W tym miejscu musimy wyjaśnić parę kwestii:  Ks. Józef został kapłanem w 1912 roku. Był już wtedy znanym działaczem narodowym i społecznym (od 1908 r. działał w patriotycznym związku „Zet”), za co go szykanowano. Wyrazem tego były częste zmiany parafii. Początkowo pracował na tzw. „piaskach brandenburskich” (Brandenburg nad Hawelą, Berlin), co miało być dlań karą i stanowiło swego rodzaju element wychowawczy. Nie zaprzestał jednak propolskiej działalności (w głębi Niemiec przebywały wówczas masy uchodźców ze Śląska przybyłe tam za pracą; ks. Niedziela cieszył się wśród Polonii ogromną popularnością), tak więc pod koniec wojny zagrożono mu wytoczeniem procesu o zdradę stanu.  Ks. Józef był potem aktywnym działaczem bytomskiego Komisariatu Plebiscytowego, Towarzystwa Oświaty na Śląsku im. św. Jacka, Śląskiego Związku Akademickiego, przede wszystkim zaś – Polskiego Czerwonego Krzyża. Swą niezłomną, patriotyczną postawą naraził się Niemcom. Gdy w 1922 roku dokonano podziału Górnego Śląska, Chróścina znalazła się po niemieckiej stronie. Ks. Niedziela nie posiadał tzw. karty cyrkulacyjnej (będącej w okresie międzywojennym na terenie poplebiscytowym czymś na kształt paszportu), a po 1933 roku, gdy władzę w Niemczech przejęli naziści, unikał przekraczania granicy. Być może obawiał się o własne życie, hitlerowcy prześladowali bowiem księży katolickich – wielu z nich trafiało  do obozów koncentracyjnych jeszcze przed wojną. – Był proboszczem w tych waszych Bielszowicach. Mój ojciec, Marcin, rzadko go tam jednak odwiedzał. Bodaj raz, gdy wuj obchodził srebrny jubileusz kapłaństwa. Coś wiedzieliśmy o jego aresztowaniu, ale były to raczej takie strzępy informacji. Zwyczajnie baliśmy się, bo z hitlerowcami to nie były przelewki! – tłumaczy pan Antoni, bratanek proboszcza, energiczny, osiemdziesięciodwuletni mężczyzna.  I zaprasza nas do środka, bo właśnie zaczął siąpić deszcz. Nieprzywykli do takiej gościnności początkowo oponujemy, nie chcąc sprawiać kłopotu. – Nalegamy, przecież nie wypada tak witać gości w progu – wtóruje małżonka pana Antoniego. Siadamy więc przy stole w salonie, a gospodarze, nie czekając nawet na nasze pytania, rozpoczynają  barwną opowieść: – To była wielodzietna, bardzo religijna rodzina. Nie żyło nam się źle, gospodarstwo dobrze prosperowało, było jednym z lepszych w okolicy. Zarządzał nim mój ojciec Marcin, który zmarł w 1949 roku. Założył je jeszcze w XIX wieku dziadek Antoni. Posiadał ziemię na własność, co wtedy nie było regułą.  Okazuje się, że nasi gospodarze wcale nie mają tak nikłej wiedzy o wuju, jak początkowo utrzymywali, choć przyznają, że najwięcej mogłaby nam opowiedzieć Aniela Niedziela, zmarła w 1992 r. siostra pana Antoniego, zakonnica, wieloletnia przełożona prowincji wrocławskiej sióstr jadwiżanek. – Siostra mieszkała przez jakiś czas w internacie, a za naukę płacił właśnie ks. Niedziela. Bielszowicka plebania była jej drugim domem. Bardzo ciekawi nas postać ojca ks. Niedzieli, Antoniego. – Znali go tu wszyscy. To właśnie na jego cześć otrzymałem imię – wspomina pan Antoni. Nie pamiętam go, bo zmarł, gdy miałem dwa lata, ale z rodzinnych opowieści wynika, że nie potrafił usiedzieć bezczynnie pięciu minut. Gdy był już w podeszłym wieku i nie chodził na pielgrzymki, z nudów zajmował się naprawianiem butów. Sąsiedzi potem mówili, że nie idą na klachy do Niedzieli, tylko do Szczewiczka.

gospodarstwo niedzielów
Gospodarka Niedzielów współcześnie

Dopowiedzmy w tym miejscu, że ojciec ks. Józefa był naprawdę nietuzinkową postacią. Ten typowy self-made man, czyli człowiek zawdzięczający wszystko swej pracowitości, urodził się w Chróścinie w 1858 roku. W 1882 roku poślubił pochodzącą z sąsiednich Wrzosek Franciszkę Baron. Był już wtedy jedną z najbardziej znanych postaci wioski: przewodniczył miejscowej Radzie Parafialnej i Związkowi Włościańskiemu, działał w kasach Raiffeisena i Stefczyka, wielokrotnie prowadził też pielgrzymki zmierzające do Barda, Wambierzyc i na Górę św. Anny będąc parafialnym kantorem, czyli tzw. śpiewokiem. Dzięki temu nawiązał szeroką sieć kontaktów, m. in. z działaczami z Krakowa, skąd sprowadzał polskie książki i czasopisma, które później (także przy pomocy synów: Józefa, Jana, Marcina i Wincentego) rozprowadzał po Chróścinie i okolicy. W kwestii narodowych przekonań był nieugięty, wręcz bezkompromisowy. Jednym z elementów akcji germanizacyjnej było zniemczanie polskich nazwisk. Niedzielowie widnieli więc w oficjalnych aktach jako Niedziellowie. To podwójne „l” bardzo Antoniego drażniło, w 1911 roku złożył więc do urzędu wniosek o przywrócenie dawnej pisowni. I, o dziwo, niemiecki sąd w Opolu do tej prośby się przychylił! Od 6 listopada 1911 roku wszyscy członkowie rodziny nosili już polskie nazwisko: Niedziela. Banał? Niekoniecznie. Gdy ks. Józef trafił do obozu w Dachau, Niemcy zasugerowali mu złożenie prośby o nadanie nazwisku germańskiego brzmienia. Odmówił, czym dodatkowo pogorszył swą i tak już tragiczną sytuację. Nie ma wątpliwości, kto zaszczepił w nim taką bezkompromisowość.

rodzina niedzieli
Rodzeństwo ks. Józefa

         Pytamy gospodarzy o rodzeństwo ks. Józefa. Tu anegdoty sypią się niczym z rogu obfitości. Najcieplej w pamięci Antoniego Niedzieli zapisała się jego ciocia Jadwiga. – Najstarsza z rodzeństwa, a energii miała za dwoje czy nawet troje. Była bardzo pracowita i mądra. Mocno przeżyła śmierć ks. Józefa, z którym czuła się bardzo zżyta. Pod koniec życia, już po wojnie, przeprowadziła się do Chróściny i pomagała mojemu ojcu, który ciężko chorował. Zmarli krótko po sobie w 1949 roku. A co z braćmi ks. Niedzieli? -Mało o nich wiemy, po 1922 roku rzadko utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Jan zginął podczas wojny. Wincenty żył z wszystkich braci najdłużej. Byliśmy na jego pogrzebie w Rybniku.   Był ważną figurą, szefował tamtejszej policji. Pan Antoni podkreśla też dalekowzroczność Franciszki i Antoniego Niedzielów: Nasi dziadkowie zadbali, aby wszystkie dzieci otrzymały wykształcenie. Józef był kapłanem, Jan – oficerem Wojska Polskiego, Wincenty –  policjantem, Marcin – agronomem, a dwie siostry zostały zakonnicami. Sporo jak na skromną, śląską rodzinę. Ośmioro rodzeństwa i aż trzy powołania! – Łatwo to wytłumaczyć. Babcia Franciszka była bardzo religijną, bogobojną osobą. Nie było w tym nic na pokaz, zresztą u nas nikt nikogo siłą do kościoła nie zaciągał. Dziadek częściej uzewnętrzniał swą wiarę. Pół życia spędził w drodze – jak nie w Opolu czy Krakowie, skąd sprowadzał przeróżne materiały, to na Górze św. Anny czy w Wambierzycach. Był prawą ręką proboszcza – wyjaśnia pan Antoni. – No i jeszcze jedna ważna sprawa: starsze rodzeństwo miało obowiązek pomagać w nauce młodszym dzieciom. Ks. Józef pobierał dodatkowo naukę u naszego krewnego ks. Michała Przywary, a  potem  „douczał” swych braci. Bo wtedy szkoły były pruskie, a my byliśmy rodziną polską. Ks. Przywara wywarł na ks. Józefa ogromny wpływ, utrwalił w nim poczucie więzi z polską kulturą – podkreśla nasz rozmówca. O ks. Michale opowiemy innym razem, bo to fascynująca postać!

Zerkamy ukradkiem na zegarki. Nie wypada nadużywać gościnności. Pytamy na koniec, czy pozostały po ks. Józefie jakieś pamiątki. – Nic za wyjątkiem zdjęcia ze wspomnianego jubileuszu. Trzeba by spytać w Rybniku, tam pewnie wiedzą dużo więcej.  Nie drążymy tematu, choć bardzo nas korci…  A w jakich okolicznościach rodzina Marcina Niedzieli dowiedziała się o śmierci ks. Józefa? – Dokładnej daty nie pamiętam, ale było to jeszcze w czasie wojny. Najpierw dotarła do nas wiadomość o aresztowaniu wuja, a potem jeden z tutejszych księży poinformował nas o jego śmierci. Do dziś niewiele więcej zdołaliśmy się dowiedzieć.

dom niedzielów
Dom rodzinny Niedzielów

         Ani się obejrzeliśmy, a minęła czwarta; pobyt w domu państwa Łucji i Antoniego zajął nam sześć kwadransów! Opuszczając gościnne progi obiecujemy, że jak tylko ukaże się książka poświęcona ks. Józefowi, prześlemy kilka egzemplarzy do Chróściny. Wracając na przykościelny parking przypominamy sobie o obietnicy zmówienia modlitwy nad grobem Antoniego Niedzieli. Jeszcze raz przemierzamy chróścińską nekropolię, która dzięki swej kameralności wprawia w zadumę o wiele skuteczniej niż „bezkresny” bielszowicki cmentarz.  W drodze powrotnej niebiosa nie mają już dla nas litości. Docieramy do Bielszowic wczesnym wieczorem zziębnięci i przemoczeni, za to w poczuciu dobrze spełnionej misji. Budzi w nas podziw otwartość, której w takiej obfitości  doświadczyliśmy w rodzinnej miejscowości ks. Józefa. Jak to możliwe, że legendarna polska gościnność przetrwała pod „niemieckim” Opolem, a tak trudno o nią w naszych „polskich” Bielszowicach? To kolejny dowód tego, iż wieś, a nie miasto, pozostaje ostatnim bastionem śląskiej obyczajowości.

Wielki pożar Bielszowic z 1869 r.

Przez wiele stuleci w Bielszowicach dominowała drewniana zabudowa. Pierwsze murowane kamienice wzniesiono dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Według danych z 1749 roku na terenie wioski znajdowało się 49 chałup, a oprócz tego drewniane dziedzictwo, czyli dwór, organistówka mieszcząca szkołę, plebania oraz kościółek pw. Wszystkich Świętych. Trudno więc się dziwić, że pojawiające się pożary niosły zazwyczaj tragiczne żniwo, niszcząc dobytek życia wielu rodzin. Największy z nich nawiedził Bielszowice wiosną 1869 r.

pozarhist_376
Ilustracja przedstawiająca gaszenie pożaru na wsi w XIX w.

         Pierwszy pożar Bielszowic odnotowano w źródłach w roku 1600, kiedy to doszczętnie spłonął tutejszy drewniany kościółek, datowany na 1440 rok. Niewykluczone jednak, że na początku XV wieku osada została doszczętnie spalona przez czeskich husytów. Jednak najbardziej niszczycielski okazał się pożar z 24 kwietnia 1869 r., w wyniku którego całkowitemu zniszczeniu uległo 20 domostw oraz 33 zabudowania gospodarcze. Jego przyczyną okazało się przypadkowe zaprószenie ognia, który został podsycony przez proch strzelniczy przechowywany na strychach przez miejscowych górników.  Poszkodowanych zostało łącznie 221 osób (stanowiło to około 10% wszystkich mieszkańców Bielszowic). Warto w tym miejscu zacytować wspomnienie naocznego świadka tamtych dramatycznych zajść, Leopolda Woźnicy: Było to w sobotę 24 kwietnia 1869 roku po południu, między pierwszą – drugą godziną powstał pożar w domostwie, gdzie obecnie stoją chlewy i remizy przy urzędzie gminnym. Przy pożarze powstało takie straszne powietrze, unosząc się nad wioską, której zabudowania były nieomal wszystkie pod słomą kryte. Ludzie biegli na ratunek, niźli się zwrócili bronić swojej miejscowości, już stała ich posiadłość w płomieniu. Na ratunek reszta mieszkańców nie odważyła się przybyć, ponieważ całej miejscowości groziło niebezpieczeństwo. Pogorzelcy zostali tylko w tym co na sobie nosili,  wszystko stało się pastwą płomienia, spaliło się kilka krów, świń i drobiu. Bardzo to dotknęło gospodarzy, ponieważ przygotowywali ziemniaki do sadzenia w stodołach, wszystko się spaliło. Niebezpieczeństwo groziło także i kościołowi, który stał z drzewa, i wszystko z kościoła wynosili. Pożar można mniej więcej dzisiaj się przypomnieć od Urzędu Gminnego wzdłuż ulicy Kościelnej zatrzymał się przy ulicy Hallera. W rozpaczy nad strasznym nieszczęściem dzwony kościelne biły żałosnym głosem, ludzie wzywali pomocy i powietrze się zmieniło ku drodze gliwickiej, dzisiaj ulicy Piaskowej. Tam żadnych zabudowań nie było i powietrze poszło do pola, ocalając resztę wioski od nieszczęścia. Pożarnictwo nie było także zorganizowane w tej mierze jak dzisiaj i zjechały sie pożarne straże jak z Zabrza, Gliwic, Bytomia i z okolicy, lecz przyjechały już po ogniu. […] Pogorzelcy musieli schroniska szukać u sąsiadów, na przykład na probostwie i w szkole. W niedzielę stały się Bielszowice miejscem wycieczkowym z miast, jak Gliwice, Zabrze, Bytom i sąsiednich wiosek, którzy przypatrywali się owemu strasznemu nieszczęściu. Zjechały się także władze jak z regencji opolskiej, z powiatu z Bytomia. Pogorzelcy nie byli tak ubezpieczeni i starali się chwycić żebraczego kija. Należy dodać, że władze nie pozostawiły najbardziej poszkodowanych bez wsparcia. Starosta bytomski apelował 30 kwietnia 1869 roku: Pożar, który wybuchł w Bielszowicach 24 kwietnia strawił 20 posiadłości z 33 zabudowaniami, pozostawiając bez dachu nad głową 221 osób. Szybkość, z jaką ogień się rozprzestrzeniał, uniemożliwił uratowanie  skromnego mienia właścicieli spalonych domostw. Ci należą do najbiedniejszej grupy robotników, a niezwykle duża liczba biednych i ubogo odzianych dzieci wymaga co rychlejszej pomocy. Jeszcze jak dotąd nie dane mi było zwracać się do współczujących serc mieszkańców powiatu w takim przypadku nadaremnie, dlatego i tym razem proszę z wielką ufnością o datki, które kasa komunalno – powiatowa przyjmie i rozliczy w gazecie powiatowej. Komunikat spotkał się z bardzo szerokim odzewem – datki na rzecz pogorzelców wpływały systematycznie przez kilka miesięcy. Wśród darczyńców znaleźli się m.in.: ówczesny dziedzic Bielszowic hrabia Hugo von Donnersmarck, jego żona i dzieci (w sumie rodzina przemysłowca wpłaciła do kasy 75 talarów), a także liczni śląscy proboszczowie, lekarze, prawnicy i przedsiębiorcy. Do czerwca 1869 roku zdołano zebrać 314 talarów. Z kolei proboszcz Jan Hruby pośredniczył w rozdzielaniu pomocy materialnej poszkodowanym. W dniu pożaru w kościele, na plebanii i w organistówce tymczasowe schronienie znaleźli najbardziej poszkodowani. Spalone budynki zastąpiono w 1871 roku ośmioma nowymi, murowanymi domami, tworzącymi odtąd niewielkie osiedle znane pod nazwą „Nowych Chałup”.

pożar na wsi
Pożar na wsi (ilustracja z XIX w.)

Omawiane zdarzenie okazało się momentem zwrotnym w podejściu miejscowych władz do kwestii ochrony przeciwpożarowej. Surowo potraktowano winnych zajść: zwolniono dotychczasowego sołtysa, powierzając urząd powszechnie szanowanemu bielszowickiemu gospodarzowi Józefowi Woźnicy (piastował tę funkcję do 1892 roku). Nowa rada gminy zaostrzyły przepisy ogniowe, które dotąd sprowadzały się wyłącznie do obowiązku wymiatania kominów przez właścicieli domostw. W 1886 roku w Bielszowicach działalność zainaugurowała Ochotnicza Straż Pożarna (pisaliśmy o  jej historii przed kilkoma tygodniami).

Przykładów niefrasobliwego obchodzenia się z ogniem odnotowano w historii Bielszowic sporo. Skutki lekkomyślności często okazywały się tragiczne. Niezastąpiony w relacjonowaniu tego typu zdarzeń „Katolik” w roku 1882 informował: Bielszowice. (Stara historya). Wdowa Marya Janoszowa zapalała w piecu ogień przy pomocy nafty. Płomień zajął także naczynia z naftą, wskutek czego nastąpiła eksplozja i Janoszową śmiertelnie oparzyło. Wśród strasznych męczarni i bólów zmarła nieszczęśliwa w szpitalu górniczym. W 1908 roku z kolei pismo donosiło: Bielszowice. Groźną śmiercią zmarła tu 94 – letnia wdowa Franciszka Trzecińska. Zbliżyła się ona zanadto do pieca, tak, iż ubranie się na niej zapaliło. Wskutek ciężkich poparzeń nieszczęśliwa zmarła niebawem. Osobliwą (i nader częstą) przyczyną pożarów  było dolewanie spirytusu do samowarów – oto wymowna relacja zamieszczona w 1910 roku w „Kuryerze Śląskim”: Bielszowice. (Znowu jedna.) 17 – letnia M. Aleksowna, dolewając spirytusu do palącego się już samowaru, poparzyła się niebezpiecznie na całem ciele. I w tym wypadku była nieszczęściu winna nieostrożność. Wzrost liczby murowanych domów zmniejszył poziom zagrożenia pożarowego, choć nie wyeliminował problemu całkowicie. Dowodzi tego wielki pożar bielszowickiego szpitala z 1917 roku; powodem i tym razem okazała się lekkomyślność – oddajmy głos „Kuryerowi Śląskiemu”: Bielszowice. W zeszłym tygodniu wybuchł pożar w lecznicy górniczej. Część pawilonu zgorzała doszczętnie. Na miejsce wypadku przyjechało 10 straży pożarnych, których praca była atoli utrudnioną z powodu braku wody. Pożar spowodowali podobno nieostrożni robotnicy zajęci przy instalacji. Na wspomniany w tekście brak wody najbardziej zarzekali mieszkańcy osiedla Pniaków. W 1901 roku zdecydowali się opublikować w „Katoliku”   swe pretensje: Kolonia Pniaki (Redendorf) liczy około 2000 mieszkańców, a nie ma wody, ani porządnych dróg, ani stróżów nocnych. Mieszkańcy wysłali petycyę do gminy, ale odpowiedź mieszkańców nie zadowoliła […] Niektórzy posiedziciele bili studnie 40 metrów głębokie, ale wody nie znaleźli, gdyż kopalnie wodę odciągnęły.

Na przełomie XIX i XX wieku stosunkowo częstą przyczyną pożarów na Śląsku były podpalenia. Bielszowice znalazły się na „czarnej liście” miejscowości, w których kwitł ów proceder. „Katolik” donosił w 1913 roku: W jednym tygodniu mieliśmy tu cztery pożary. Po raz ostatni wybuchł pożar u gospodarza Mogdy. Zgorzał zupełnie dach domu. Częste pożary wywołują tu obawę wśród gospodarzy. Według wszelkiego bowiem prawdopodobieństwa, pożary te zostały przez jakiego złoczyńcę podłożone.  Inny przypadek podpalenia, tym razem z roku 1909, opisuje „Kuryer Śląski”: Wskutek złośliwego podpalenia ognia spaliła się doszczętnie stajnia jednego z gospodarzy. Sprawcy tego typu zdarzeń byli zazwyczaj nieuchwytni; motywami podpaleń były najczęściej porachunki sąsiedzkie, pragnienie zemsty lub chęć uzyskania odszkodowania. Wśród podpalaczy zdarzały się osoby nieletnie, a także… członkowie Ochotniczych Straży Pożarnych, którzy wzniecali pożar, a następnie jako pierwsi „zjawiali się” na miejscu,  licząc na uzyskanie pochwał i nagród pieniężnych.